TIN News Update
11 września 1998

 

 

Warunki w więzieniach i kwestia języka tybetańskiego

 

 

Nadzwyczajne środki bezpieczeństwa i kontrola tak ścisła, jak chyba nigdy wcześniej, sprawiają, że Tybetańczycy mają bardzo niewiele okazji do mówienia otwarcie o sytuacji w kraju. Od czasu do czasu TIN otrzymuje jednak komentarze z Tybetu, których autorzy mniej lub bardziej obiektywnie opisują warunki życia Tybetańczyków. Na początku września do TIN dotarł taki dokument z Lhasy. Jest to wyważony, oparty na dokładnych informacjach opis warunków panujących w więzieniach; dotyczy przede wszystkim sytuacji więźniów politycznych. Druga część listu poświęcona jest problemom związanym z językiem tybetańskim. TIN przełożył ten dokument i postanowił opublikować jego fragmenty. Otwiera on serię raportów, którą zatytułowaliśmy “Z mojej perspektywy”. Na początku autor pisze, że władze kontrolują każdy aspekt codziennego życia więźniów politycznych:

 

Prześladowania polityczne i kary często polegają na zmuszaniu więźniów do mówienia lub robienia rzeczy, które kłócą się z ich przekonaniami i sumieniem – śpiewania chińskich pieśni, wykrzykiwania prochińskich sloganów, wychwalania narzuconego przez Chińczyków Panczenlamy. Więźniów zmusza się również do studiowania i przyjęcia zafałszowanej i zsinizowanej wersji historii naszego kraju.

Kiedy więźniowie próbują stawiać opór, wysyła się przeciwko nim uzbrojonych policjantów. Wszystko kończy się brutalnym biciem. Czcigodny Sangaj Tenphel przypłacił je życiem [jedno z naszych źródeł informowało, że mnich o tym imieniu, wielokrotnie bity i torturowany w więzieniu, zmarł w kwietniu 1996 roku]; wielu innym, na przykład Sonamowi Łangdu, połamano ręce i zadawano niewyobrażalne tortury. [Sonam Łangdu, oskarżony o współudział w zabójstwie policjanta w marcu 1988 roku, został sparaliżowany na skutek tortur. Zwolniony w 1993 roku, jeździ na wózku inwalidzkim.]

Władze przeznaczały na utrzymanie więźniów zaledwie 35 RMB [4 USD], co wystarczało wyłącznie na pokrycie kosztów drewna na opał. [Jeśli idzie o jedzenie,] więźniowie zdani byli na pomoc krewnych. Później kwotę tę podniesiono; w połowie 1996 roku wynosiła 100 RMB [12 USD]. W tym samym czasie ceny wzrosły jednak dwukrotnie, sytuacja więźniów nie uległa więc właściwie żadnej poprawie. [Choć autor nie określa, jak często więźniowie dostają pieniądze, niemal na pewno chodzi o kwotę wypłacaną co miesiąc. Z niektórych raportów wynika, że jedną z kar wymierzanych więźniom jest odebranie przydziału.] Wstrzymanie odwiedzin i paczek pozbawia więźniów podstawowych produktów żywnościowych; jest to ogromny problem, szczególnie dotkliwy dla chorych. Obecnie w samym więzieniu Drapczi przetrzymuje się około 420 więźniów politycznych [TIN szacuje ich liczbę na 270 – 350]. Najstarszy więzień ma 82 lata, najmłodszy zaledwie 17. Około 80 procent więźniów to mnisi i mniszki, nie jedzący wieprzowiny. Władze celowo karmią ich zleżałymi warzywami i śmierdzącą wieprzowiną, żeby im dokuczyć. Więźniom każe się też oszczędzać przydzielane pieniądze, nie da się jednak przeżyć o racji chleba i ryżu, które codziennie dostają skazani.

Więźniowie polityczni są dyskryminowani. Choć w więzieniu prowadzi się zajęcia na poziomie szkoły podstawowej i średniej, dla więźniów politycznych organizuje się oddzielne zajęcia w gorzej wyposażonych salach. Nie wolno prowadzić z nimi zajęć z przedmiotów dotyczących kultury Tybetu; mają też surowy zakaz uczenia się języka angielskiego. Poświęcone tym zagadnieniom książki i słowniki są natychmiast konfiskowane i darte lub palone. Potem zawsze zaczyna się śledztwo – osoby, które dostarczyły takie materiały, są surowo karane. W więziennej szkole przedstawia się wyłącznie chińskie poglądy na historię i kulturę. Choć wśród więźniów politycznych dominują mnisi i mniszki, buddyzm i kultura tybetańska są tematami tabu.

Warunki sanitarne i opieka medyczna stanowią poważny problem. Władze więzienne informują, że ataki grypy i dolegliwości żołądkowe takie jak biegunka nie są uznawane za choroby. Kilku więźniów politycznych, między innymi Lhakpa Cering, przypłaciło tę politykę życiem. Ranni lub chorzy więźniowie, których poddano poważnym operacjom, są następnego ranka przenoszeni do swoich cel – nie zapewnia się im żadnej opieki pooperacyjnej. Rezultatem są częste stany zapalne, infekcje, ropienie. Więzienie jest tak słabo zaopatrzone w leki, że tym samym specyfikiem leczy się najróżniejsze dolegliwości. Brak wykształconego personelu sprawia, że więźniowie traktowani są jak króliki doświadczalne. W ramach szkolenia zawsze operują ich praktykanci. Błędna diagnoza lub podanie niewłaściwego leku – czy to z braku wiedzy, czy to rozmyślnie – kończy się czasem tragedią, jak w przypadku Lhakpy Ceringa w 1990 roku. [Przypadek Lhakpy jest dobrze udokumentowany: ciężko pobity w więzieniu Guca, skarżył się na ból brzucha i pleców. Przewieziono go do szpitala, gdzie dostał dwa zastrzyki, po których wymiotował krwią. Zmarł w połowie grudnia 1990 roku.]

Często przez dłuższy czas nie udziela się żadnej pomocy ciężko chorym więźniom. Kiedy ich stan jest już krytyczny i nic nie można zrobić, kieruje się ich na leczenie do szpitala. Z powodu takich zaniedbań zmarło bardzo wiele osób, np. Czcigodny Kalsang Thutob [TIN otrzymał dwa raporty mówiące o mnichu z Drepungu o takim imieniu, który zmarł na początku czerwca 1996 roku] i mniszka Gjalcen Kelsang. Chorym więźniom politycznym nadal nie udziela się pomocy medycznej. Z drugiej strony, karmi się ich siłą, co może też pogarszać ich stan. Łatwo wyobrazić sobie skutki maltretowania chorych więźniów. [Z docierających do TIN raportów wynika, że Gjalcen Kelsang (imię świeckie: Kelsang Dolma), dwudziestoparoletnia mniszka z klasztoru Garu, zmarła w rodzinnym domu 20 lutego 1995 roku. Stan jej zdrowia pogorszył się gwałtownie w ciągu dwóch lat, które spędziła w więzieniu Drapczi. Aresztowano ją, wraz z jedenastoma innymi mniszkami z Garu, 14 czerwca 1993 roku za udział w demonstracji niepodległościowej.]

Wyzysk: Więźniarki polityczne, w większości mniszki, obowiązuje dzienna norma czterech gjama [ok. dwóch kilogramów] wełny, którą muszą umyć, oczyścić i uprząść. Pracują w palących promieniach słońca. Organizuje się dla nich również “wychowanie fizyczne”, które czasami trwa dziesięć godzin dziennie – od świtu do zmierzchu. Ćwiczenia sprowadzają się do marszu i musztry; zawsze kończą się wymierzaniem kar i biciem za wszystkie pomyłki. W podobnych zajęciach biorą udział więźniowie, którzy są bici, dla zabawy, przez instruktorów.

Czasem więźniów politycznych wysyła się do pracy w tak zwanej więziennej “cementowni”, w której warunki pracy urągają wszelkim normom bezpieczeństwa. Praca tam jest nie tylko bardzo ciężka, ale i niezwykle niebezpieczna. Wielu więźniów – poparzonych lub okaleczonych przez maszyny – przypłaciło ją życiem bądź kalectwem. Zyski z krwi i potu więźniów idą na pensje strażników, na wspomniane miesięczne przydziały oraz na pensje i nagrody dla esbeków. Choć brutalne bicie skończyło się dla wielu więźniów śmiercią lub kalectwem, ich oprawcy nie są nawet upominani – nie wspominając o formalnym postawieniu w stan oskarżenia. Wciąż piastują te same stanowiska i dostają takie same pobory.

Innymi słowy, wszystko, co dzieje się w więzieniu, urąga zasadom, pomieszczonym w książeczce zatytułowanej “Kodeks karny i przepisy więzienne Chińskiej Republiki Ludowej”, którą opublikowano 30 grudnia 1994 roku. Przepisy są po prostu znacznie łagodniejsze i rozsądniejsze od praktyki. Zapewne publikacja ta służyć ma ogłupieniu społeczności międzynarodowej – żaden chyba z wymienionych w niej przepisów nie jest stosowany w więzieniach. Przysłowie mówi, że “lepiej coś raz zobaczyć, niż sto razy usłyszeć” – dobrze byłoby więc składać wizyty w więzieniach. Niemniej jednak, choć więzienia odwiedzało już wiele zagranicznych delegacji, większość nie zbliżyła się nawet do bloków, w których siedzą więźniowie polityczni.

Zdarzało się, że delegatów prowadzono do cel mieszkalnych po wyprowadzeniu z nich wszystkich więźniów. Można spokojnie powiedzieć, że jak dotąd żadna z takich wizyt nie miała większego sensu. Mam nadzieję – i, jeśli wolno, chciałbym to zasugerować – że w przyszłości delegacje będą przyjeżdżać z własnymi tłumaczami, skupią się na szpitalu, stołówce, celach mieszkalnych, warsztatach i “klasach”. Uważam, że sprawą najwyższej wagi jest organizowanie wywiadów z więźniami w miejscu, w którym będą mogli swobodnie mówić o swoich doświadczeniach i uczuciach.

 

[Język tybetański]

 

Najbardziej zatrważającym aspektem polityki Chin w Tybecie jest nowy atak na język tybetański, który stanowi rdzeń [naszej] tożsamości narodowej i kultury. Dziś [znów] utrudnia się jego studiowanie, używanie i propagowanie. Poprzedni, X Panczen Rinpocze z wielkim hartem i odwagą apelował [do rządu centralnego – por. “Poisoned Arrow”, TIN 1997] o umożliwienie studiowania i używania oraz propagowanie języka tybetańskiego; naród tybetański i tybetańscy uczeni udzielili mu pełnego poparcia. Panczen Rinpocze zdołał powołać “Komitet ds. języka tybetańskiego” [bod kyi skad yig las don mdzub ‘khrid au yon lhan khang]. Początkowo udało się stworzyć cztery eksperymentalne szkoły średnie, w których nauczano tybetańskiego i innych przedmiotów. Szkoły te okazały się oszałamiającym sukcesem; z czasem liczba miejsc, w których można było uzyskać wykształcenie średnie w języku tybetańskim, wzrosła do ponad 160.

Jednak w 1995 roku zrezygnowano z edukacji w języku tybetańskim na poziomie szkół średnich, zarzucając im promowanie “narodowego szowinizmu” [mi rigs ring lugs]; zlikwidowano też periodyk zatytułowany “Sprawy języka tybetańskiego” [bod kyi skad yig las don]. W tym samym czasie “Komitet ds. języka tybetańskiego” zniknął jak tęcza. [Nieoficjalne źródła informują, że Komitet rozwiązano pod koniec 1996 roku.]

W samych Chinach, gdzie utrzymywano tzw. “wydziały tybetańskie”, nie naucza się tybetańskiego od 1997 roku. Co więcej, w tym roku [1998] Uniwersytet Tybetański zaprzestał naboru studentów na wydziały tybetologiczne. W Tybetańskim Regionie Autonomicznym językiem oficjalnym jest chiński. We wszystkich biurach, poza najniższym poziomem administracyjnym [szang], posługiwanie się językiem tybetańskim zakazane. Skutkiem tej polityki było zwolnienie z pracy wielu wykształconych Tybetańczyków, którzy nie potrafią czytać i pisać po chińsku; z kolei osoby z wykształceniem chińskim znajdują pracę bez większych problemów. Celem tej strategii jest zwiększenie i ułatwienie napływu chińskich emigrantów do Tybetu. O jej skuteczności świadczy właśnie ogromny napływ Chińczyków.

Fala chińskich emigrantów i rezygnacja z nauczania w języku tybetańskim sprawiły, że rodzice zaczęli posyłać swoje dzieci do klasztorów, by studiowały tam kulturę tybetańską, przyczyniając się w ten sposób do jej zachowania. Ostatnio jednak, w ramach tak zwanego programu “edukacji patriotycznej”, grupy robocze zaczęły wydalać z klasztorów młodych mnichów i mniszki. Stawia to ich rodziców w bardzo trudnym położeniu.

Celem prowadzonej obecnie polityki posyłania dzieci na dalsze studia do Chin jest przede wszystkim ich sinizacja. Idzie tu o wychowanie całego pokolenia Tybetańczyków, którzy nie będą wiedzieć nic o swej kulturze ani żywić żadnych uczuć patriotycznych. [Według chińskiej białej księgi, poświęconej prawom człowieka w Tybecie (opublikowanej 20 lutego 1998 roku), w ponad stu szkołach w 26 chińskich prowincjach i miastach studiowało wówczas 13 tys. tybetańskich uczniów.] Innym powodem jest tworzenie chińskich szkół i zatrudnianie Chińczyków za środki z budżetu Tybetu. [W budżecie Tybetu są środki z regionu oraz dotacje rządu centralnego. Autor tłumaczy, że część lub większość funduszy od rządu centralnego wraca do Chin – na pokrycie kosztów studiów tybetańskich dzieci.]

Slogan o “Wzmacnianiu przyjaźni i solidarności między narodami” nabiera więc dziś dla Tybetańczyków nowego znaczenia. Oznacza zagładę sześciu milionów Tybetańczyków poprzez integrację z ponad miliardem Chińczyków – “jak gdyby wlać miskę mleka do oceanu”. Jeśli do tego dojdzie, chińskie hasło o “jedności macierzy” nie będzie już sloganem, lecz faktem.

Moim zdaniem, poważne reformy i rozwój Tybetu uzależnione są od powrotu do języka tybetańskiego. Należy propagować jego studiowanie i używanie. Apeluję przeto do wszystkich bezstronnych przedstawicieli społeczności międzynarodowej – rządów, organizacji i osób prywatnych – proszę, zróbcie wszystko, co w waszej mocy, by skłonić Chiny do zmiany polityki wobec języka tybetańskiego i oświaty w Tybecie.


[powrót]