Nepalska policja śmiertelnie postrzeliła mnicha w czasie starcia z grupą 56 tybetańskich uchodźców. Drugi mnich jest ranny, a policja utrzymuje, że podczas bójki, do której doszło 15 września, odniosło ranny czterech funkcjonariuszy. Policjanci twierdzą, że otworzyli ogień w samoobronie, gdy uchodźcy rzucili się na nich z nożami. Tybetańczycy powiedzieli jednak TIN, że policja zaczęła strzelać, kiedy ciskali w nią kamieniami. To najpoważniejszy incydent na granicy od dwóch lat, kiedy to policja ostrzelała grupę 32 uchodźców zaraz po przekroczeniu przez nich granicy. Wtedy rany odniosły dwie osoby.
Ofiarą jest dwudziestosiedmioletni Namczung Gjaco z klasztoru Ragja we wschodnim Tybecie. Tybetańczycy twierdzą, że policjanci nie udzielili rannemu żadnej pomocy; dopiero po godzinie zabrali go do oddalonego o siedem godzin drogi szpitala w Biratnagar. Namczung nie przeżył podróży. Jarphel, siedemnastoletni tulku (inkarnowany lama), który został postrzelony w nogę, jest w tej chwili leczony w Katmandu.
Nepalska policja utrzymuje, że odpowiedzialność za incydent ponoszą Tybetańczycy, którzy zostali wcześniej aresztowani i przewiezieni na komisariat w oddalonej o 100 kilometrów od Katmandu wiosce Katari. W pięćdziesięciosześcioosobowej grupie przeważali mnisi z różnych klasztorów wschodniego Tybetu. Od granicy w Tingri wędrowali do Katari przez 21 dni. Uchodźcy powiedzieli TIN, że przed aresztowaniem nie jedli przez dziesięć dni. Kiedy przewieziono ich na komisariat, policjanci przez dwie godziny szukali tłumacza. Tybetańczycy postanowili znaleźć coś do jedzenia. Policja złapała ich zaraz po ucieczce z komisariatu.
“Nie rozumieliśmy, co do nas mówią – powiedział TIN jeden z mnichów. – Potem policjant wziął lathi [bambusowa pałka] i bił nią po nogach siedemnastoletniego chłopca. Krzyczeliśmy na niego i zaraz zaczęła się bójka”. Gdy Tybetańczycy chwycili kamienie, policjanci otworzyli ogień, mierząc w nogi. Według jednego z uchodźców, strzelano co najmniej trzykrotnie. Policja utrzymuje, że padło osiem strzałów. Tybetańczycy zaprzeczają, że atakowali policjantów nożami. “Funkcjonariusze działali w obronie własnej”, powiedział TIN Kharel Ramesh, inspektor policji z Katari. Ramesh twierdzi, że wszyscy Tybetańczycy byli uzbrojeni w noże i że zabity mnich próbował ugodzić jednego z policjantów. Członkowie grupy zaprzeczają tej wersji wydarzeń.
Namczung Gjaco został postrzelony w nogę. Kula strzaskała kość. Tybetańczycy twierdzą, że Namczung wykrwawił się, czekając przez godzinę na przewiezienie do szpitala (rannym towarzyszyło dwóch innych mnichów). Policja zaprzecza. “Czterej Tybetańczycy zostali przewiezieni do szpitala natychmiast po incydencie; nie było żadnej zwłoki”, twierdzi Kharel Ramesh. Namczung zmarł tuż przed dotarciem do oddalonego o siedem godzin szpitala okręgowego w Biratnagarze. Towarzyszący mu Tybetańczycy poprosili o kremację, by zawieźć prochy zmarłego do Dharamsali. Dyrekcja szpitala odmówiła; zwłoki pogrzebano.
Przedstawiciel Dalajlamy prosi o przeprowadzenie dochodzenia
Samdup Lhace, przedstawiciel Dalajlamy w Nepalu, powiedział, że grupa sprzeciwiała się początkowo aresztowaniu, ponieważ bała się, iż oznacza ono deportację do Tybetu. “Daliśmy wyraz zaniepokojeniu, jakie wywołała w nas śmierć Namczunga Gjaco. Poprosiliśmy policję i władze imigracyjne o przeprowadzenie śledztwa w sprawie tego incydentu”. Komisarz Kharel Ramesh potwierdził, że może dojść do dochodzenia: “Mam nadzieję, że przeprowadzi je policja. Zginął przecież człowiek”.
Rannemu Jarphelowi założono osiem szwów; musiał zapłacić 830 nepalskich rupii (około 14 USD) za leczenie. Policjanci, którzy odnieśli obrażenia podczas incydentu – inspektor Narendra Subba oraz posterunkowi Dulachan Chowdhary, Khil Bahadur i Chudamani Thapa – zostali “opatrzeni” w szpitalu.
Namczung Gjaco pochodził z wioski Sero w okręgu Kałasumdo w Amdo (Chińczycy nazywają te tereny Tongde w Qinghai); święcenia przyjął przed sześciu laty. Członkowie grupy mówią, że był “dobrym i uczynnym człowiekiem”. Na zdjęciu, zrobionym zapewne tuż przed wyprawą do Nepalu, ubrany jest w kurtkę i białą koszulę, które nie budzą [w Chińczykach] takiej podejrzliwości, jak szaty mnicha. Opuścił Tybet, ponieważ chciał zobaczyć Dalajlamę; wszystko wskazuje na to, że zamierzał potem wrócić do swego klasztoru.
Po śmierci Namczunga pozostałych 54 uchodźców przekazano władzom imigracyjnym i przewieziono do Katmandu. Tamtejsza policja skierowała ich do lokalnego biura Wysokiego Komisarza ONZ ds. Uchodźców, które wydaje zgodę na przejazd do Indii osobom, mającym podstawy do ubiegania się o status.
Rokrocznie ucieka do Nepalu od dwóch do trzech tysięcy Tybetańczyków, którzy chcą uzyskać w Indiach azyl. W zeszłym roku było wśród nich ponad 500 dzieci, które nie ukończyły czternastego roku życia. Do Indii wysyłają je rodziny, by mogły uzyskać tradycyjne wykształcenie.
Liczne raporty mówią o prześladowaniu uchodźców lub wymuszaniu na nich łapówek przez nepalską policję. W okręgu Katari dochodziło już wcześniej do rabunków i pobić. Najpoważniejsze jak dotąd incydenty to zgwałcenie dwudziestodwuletniej Tybetanki przez grupę Nepalczyków, którym przewodził policjant (grudzień 1996), i postrzelenie trzech Tybetańczyków w oddalonym o 100 kilometrów od Katmandu Lamabhagarze (18 listopada 1996). Policja tłumaczyła się wówczas w bardzo podobny sposób, wyjaśniając, że uchodźcy nie wykonali polecenia funkcjonariuszy i zaczęli w nich ciskać kamieniami. Jeden z Tybetańczyków został ranny w biodro, drugi miał przestrzelone kolano i rany głowy, a trzeciego trafiono w udo. Według człowieka, który im pomagał, rannym udzielono pomocy medycznej dopiero po dotarciu do Katmandu. Jeden z rannych twierdzi, że choć od pobicia i postrzelenia upłynął rok, nadal cierpi na zaniki pamięci. “Cztery razy traciłem przytomność – dwukrotnie w nocy, zaraz po pobiciu, i trzy dni później”, powiedział TIN uchodźca, który chce pozostać anonimowy. “Bili mnie pałką po głowie. Zalałem się krwią i miałem wrażenie, że wszystko się we mnie trzęsie”. W 1993 roku czterech nepalskich policjantów z Katari pobiło pałkami uchodźców z Szar Kumbu, a w 1995 stróże prawa okradli tu co najmniej dwie grupy uciekinierów z Tybetu.
Kampania edukacji patriotycznej a fala uciekinierów z Tybetu
W ciągu ostatnich miesięcy największą grupę wśród uciekinierów z Tybetu stanowią mnisi i mniszki. W lecie dotarło do Katmandu ponad 150 mnichów. Odzwierciedla to zapewne presję, jaką wywiera się na duchownych w ramach kampanii edukacji patriotycznej, którą władze w Tybecie nazwały “ogromnym sukcesem”. Kolejne dowody potwierdzają, że ową kampanię – w ramach której mnisi i mniszki muszą wyrzec się Dalajlamy – prowadzi się obecnie nawet w bardzo odległych, wiejskich świątyniach Qinghai i TRA.
W klasztorze Namczunga Gjaco – Ragja Gompa w okręgu Maczen Autonomicznej Prefektury Golog (chiń. okręg Maqin, prefektura Guolo) – doszło w ciągu ostatnich lat do kilku protestów przeciwko chińskich rządom, władze poddają więc świątynię, w której mieszka kilkuset mnichów, ciągłej kontroli.
16 listopada 1992 roku aresztowano kilkunastu mnichów z Ragja i świeckich z pobliskiej wioski za rozdawanie niepodległościowych ulotek podczas ceremonii intronizacji ważnego lamy. Mnisi przygotowali drewniane bloki [drukarskie] ze sloganami “Wolny Tybet” i “Precz z Chińczykami”. W tym roku, po wizycie grupy roboczej, z klasztoru wydalono ponad stu mnichów, którzy nie ukończyli 18 roku życia (TCPCD, 28 lutego). Uciekinierzy z Tybetu informują o dalszych represjach w Ragji. Zainstalowano tu na stałe grupę urzędników, którą nazywa się Komitetem Zarządzania. “Nie mamy odrobiny swobody; śledzi się nasz każdy ruch”, powiedział TIN mnich z Ragji, który uciekł przed kilkoma dniami z Tybetu.
Zamykanie klasztorów, aresztowanie mnichów
Oficjalne źródła potwierdziły aresztowanie Dziampela Tendara, dwudziestojednoletniego mnicha, który w trakcie kampanii edukacji patriotycznej rozlepiał w klasztorze niepodległościowe plakaty. Zatrzymano go w lipcu 1997 roku w świątyni Gongkar Czoede (60 kilometrów na południe od Lhasy); pisane ręcznie plakaty mówiły o poparciu dla Dalajlamy i niepodległości Tybetu. Na jednym była również – nielegalna – tybetańska flaga. 1 września zeszłego roku Dziampela skazano na cztery lata więzienia; pozbawiono go również praw publicznych na dwa lata. Informacje o wyroku wydostały się z Tybetu dopiero przed dwoma miesiącami; nie wiadomo gdzie przebywa skazany.
TIN uzyskał również niezależne potwierdzenie doniesień o zamknięciu i zniszczeniu żeńskiego klasztoru Rakor (Rago) i opuszczeniu przez mnichów klasztoru Dzonang Kumbum. Około 50 mniszek – wszystkie mieszkające w oddalonym o 12 kilometrów od Lhasy Rakor – odmówiło krytykowania Dalajlamy i jego “separatystycznej” polityki, czego domagała się od nich grupa robocza. Opuściły klasztor latem 1997 roku. Władze kazały mieszkańcom okolicznych wiosek zburzyć ich kwatery.
Dzonang Kumbum leży w zachodnim Tybecie, na południowym brzegu Jarlung Cangpo (Brahmaputra). Kolejne raporty potwierdzają, że klasztor został zamknięty po wizycie grupy roboczej. Tybetańczyk, który uciekł przed kilkoma tygodniami do Indii, twierdzi, że urzędnicy przystawiali mnichom pistolety do głowy, próbując zmusić ich do krytykowania Dalajlamy. Według ostatniego raportu TCPCD, w zeszłym roku w Dzonang Kumbum prowadzono “edukację patriotyczną” po dziesięć godzin dziennie, niemal bez przerw. Klasztor zamknięto wiosną tego roku: “Nie został żaden mnich. Cele albo zabito, albo wyłożono sianem i nawozem. Władze chcą zapewne zrobić tu stajnię”.
W wielu klasztorach, w których zakończył
się program edukacji patriotycznej – między innymi w Drepungu, Gandenie
i Ragja Gompa – ciągle przebywają grupy urzędników państwowych. Zastąpiły
one istniejące wcześniej komitety, kierowane przez mnichów. Turysta, który
odwiedził wspomniane świątynie w ciągu
ostatnich trzech miesięcy, twierdzi, że urzędnicy są uzbrojeni i wyposażeni
w krótkofalówki.