Teksty. Z perspektywy Tybetańczyków

wersja do druku

Share

Nędza w Mato

Oser

 

Pierwszy raz byłam w Mato, u źródeł Żółtej Rzeki, w 1977 roku, po raz czwarty - niedawno.

 

matokonswiatloscpartiiopromieniagorerzeki_400
 

W tamtych czasach miasto okręgowe sprawiało wrażenie wymarłego: zamknięte drzwi, kawałki papieru i plastikowe torby dryfujące nad wąskimi uliczkami jak zagubione duchy. Dziś na tętniącej życiem arterii kusi gorącymi kociołkami „Cesarska kuchnia", na placu głównym uwagę przyciąga nie pomnik rumaka w chmurach, a wielki transparent z napisem „Światłość partii opromienia górę rzeki".

 

Według chińskich mediów w latach osiemdziesiątych minionego wieku Mato było „najbogatszym okręgiem w Chinach" pod względem dochodów na głowę mieszkańca. Wszyscy też przyznają zgodnie, że dwadzieścia, trzydzieści lat później zasługuje na miano „zubożałego". Dziennikarze mówią chórem, że przyczyną jest zbyt wielkie obciążenie łąk przez wypasane stada, które doprowadziło do wysychania źródeł i katastrofy ekologicznej.

 

Ale czy na pewno?

 

Oglądałam zdjęcia, które pstrykał Wang Lixiong, spływając Huang He przed dwudziestu laty. Największe wrażenie robiły te z Mato - z tysiącami krzątających się ludzi. Nie przy orce, zwierzętach czy pieleniu, tylko gorączkowym płukaniu złota. Sami Hanowie i Hui. Wang Lixiong wspomina, że nigdy nie widział Tybetańczyka z sitem.

 

Mato nie słynie bowiem z Żółtej Rzeki, tylko z zatrzęsienia minerałów, przyciągających tu jak magnes tabuny chciwców. Według niektórych źródeł w latach osiemdziesiątych ten zakątek najechały setki tysięcy poszukiwaczy złota. Wspomniane bogactwo okręg zawdzięczał nie bydłu, lecz handlowi, który przywędrował za płukaczami, nadmuchując lokalne PKB. Trzeba jednak podkreślić, że nawet grosz nie trafiał do pasterzy, którzy niezmiennie wiedli proste, koczownicze życie. Z badań wynika, że dwie dekady nieokiełznanego rycia w poszukiwaniu złota zniszczyły łąki i ekosystem. Znikała też żyzna ziemia. W 1999 roku niemal połowę powierzchni okręgu stanowiły pustynie i nieużytki. Wyparowało siedemdziesiąt procent dzikich zwierząt.

 

W zeszłym roku opublikowano artykuł o znikających łąkach Tybetu. „Mato jest teraz bardzo biedne - powiedział dziennikarzom jeden z nauczycieli. - Nie ma tu z czego żyć. Zamknięto kopalnie, znikły łąki". Władze lokalne informują jednak z dumą na swoim portalu, że „okręg posiada imponujące złoża, które wciąż czekają na wydobycie". Przyznają się do złota, węgla, żelaza, miedzi, kobaltu, soli, boraksu, wapnia, jadeitu i wielu innych surowców mineralnych. Złoto kopią do dziś.

 

Czy naprawdę istnieje więc problem wypasu? Sędziwy koczownik odpowiada, że gdyby tak było, ziemia, na której pasie się dziś bydło, dawno zmieniłaby się w pustynię, bo jako mały chłopiec widział na niej ogromne stada dzikich osłów. Wang Lixiong dodaje: „Tybetańczycy hodują zwierzęta od pokoleń. Jak to możliwe, że przez ponad tysiąc lat nie miało to negatywnego wpływu na środowisko naturalne?".

 

Dodam słowo od siebie: każdy słyszał o globalnym ociepleniu, a jego skutki są aż nadto widoczne na Płaskowyżu Qinghai-Tybet. My dodajemy do tego jeszcze tłumy obcych, którzy ryją w ziemi i stawiają tamy.

 

 

 

 

28 sierpnia 2011

 

 

 

 

 

 

Za High Peaks Pure Earth

 

 


Home Aktualności Raporty Teksty Archiwum Linki Pomoc Galeria