Teksty. Z perspektywy Chińczyków

wersja do druku

Share

Ilustrowana historia wzrostu potęgi Chin

Murong Xuecun

 

Ludzie słyszą „Chiny" i myślą zaraz o wielkim murze, kung-fu, tofu oraz, ma się rozumieć, Konfucjuszu. Albo o pekińskich lub szanghajskich wieżowcach czy niezapomnianych igrzyskach olimpijskich, które dały świadectwo narodzinom nowego mocarstwa. Wszyscy zaczęli wierzyć, że kraj pożegnał się raz na zawsze z epoką upokorzeń i tragedii, że stał się naprawdę bogaty i potężny. I to nie tylko w kategoriach militarnych - Chiny mają dziś w rezerwie biliony dolarów i perspektywę zostania pępkiem świata.

 

Wszystko to prawda, ale dziś chcę wam opowiedzieć kilka historii wyrytych na drugiej stronie medalu. Wiele się tu o nich mówiło. Nie są reprezentatywne dla całego kraju, niemniej stanowią jego część. Jak inne gorące historie, świeciły jasno, lecz krótko, szybko zepchnięte do zakamarków publicznej niepamięci. Chiński wzrost tyczy również amnezji. Postanowiłem je więc przypomnieć.

 

1

Petentka

 

Za piętnaście trzecia dwudziestego dziewiątego czerwca dwa tysiące dziewiątego roku pięćdziesięcioczteroletnia Wu Chandi wcisnęła się do pekińskiego autobusu numer czternaście. Wybierała się z petycją do Biura Spraw Prawnych Rady Państwa. W dzisiejszych czasach takiego człowieka nie nazywa się obywatelem, tylko petentem. Jak wielu szukała pomocy rządu, ponieważ nie znalazła sprawiedliwości w sądach. Nie otrzymawszy wsparcia władz lokalnych, ruszyła wzorem innych z pielgrzymką do stolicy, by aż tam wnieść formalną skargę.

 

Ten dramat odgrywany jest w Chinach od setek lat, scenariusza nie zmieniła nawet epoka wzrostu i petenci wciąż żywią naiwną wiarę, że jeśli tylko nie przestaną próbować, znajdą wreszcie miejsce, w którym argumenty zostaną wysłuchane.

 

Kiedy tak kołysała się w hałaśliwym tłumie podobnych jej spoconych wieśniaków, marzyła tylko o jednym: że potraktują ją uczciwie. Nie miała jeszcze pojęcia, gdzie zawiezie ją ten autobus.

 

Dziesięć minut później Cui Lin, kierowca, zablokował drzwi i zatelefonował do stołecznego Biura Bezpieczeństwa Publicznego z informacją, że ma na pokładzie tabun petentów, i prośbą o przysłanie kilku funkcjonariuszy. Nie wiemy, dlaczego to zrobił. Może miał takie zadanie, poczucie misji albo przypływ czujności.

 

Po kwadransie na scenie pojawiło się pięciu mundurowych. Z nikim nie rozmawiali, nikogo nie legitymowali, ale też nie pozwolili nikomu wysiąść. Minęło pół godziny i nadjechało kilkunastu tajniaków. Wu uznała, że byli z jej rodzinnego Changzhou, bo przekonywali tamtejszych petentów do powrotu. I ona, i cała reszta z rady tej nie skorzystali. Wysiedli, złapali następną czternastkę, dostarczyli swoje petycje i rozjechali się do domów czekać na rezultat.

 

Changzhou leży w Jiangsu, jednej z najzamożniejszych i najbardziej rozwiniętych prowincji Chin. W drodze powrotnej Wu wyglądała przez okno pociągu: wszystko pięknie rosło, nad każdym kominem unosiła się smużka dymu. Dziś wiemy, że rok dwa tysiące dziewiąty był rzeczywiście bardzo dobry i dla chińskiego rolnictwa, i przemysłu.

 

Trzysta siedemdziesiąt dwa dni później, siódmego lipca dwa tysiące dziesiątego roku, spacerującą z mężem Wu otoczyła grupa funkcjonariuszy w cywilnych ubraniach. Policjanci zabrali ją prosto na komisariat, na przesłuchanie.

 

To był długi dzień dla Wu Chandi. Pod wieczór wręczono jej dokument, powiadomienie o zatrzymaniu na dziewięć dni, w trybie administracyjnym. Powód: trzysta siedemdziesiąt dwa dni wcześniej Wu nie zapłaciła w Pekinie za przejazd autobusem linii czternaście, powodując ponadgodzinne opóźnienie.

 

W tym autobusie bilet kosztuje yuana (jakieś pięćdziesiąt groszy). W pojeździe nie było kamery, więc nie można sprawdzić, czy doszło do transakcji. Jedynym dowodem na niezakupienie biletu przez Wu jest zeznanie kierowcy Cui Lina. Z drugiej strony, Wu nie może udowodnić, że zapłaciła za przejazd. W rosnących Chinach wymiar sprawiedliwości często działa w ten sposób, iż trzeba udowodnić, że nie zrobiło się czegoś, czego uczynienie przypisuje nam stróż prawa. W przeciwnym razie możemy zostać uznani za winnych.

 

Różnica zdań co do losów jednego yuana sprawiła, że Wu Chandi skuto i osadzono w areszcie. Policja musiała dojść do wniosku, że taka kara byłaby zbyt łagodna, bowiem następnego dnia zamieniono ją na rok reedukacji przez pracę.

 

Słowo „reedukacja" nie brzmi szczególnie złowrogo, lecz w istocie oznacza to samo, co więzienie, tyle że bez fatygowania sądu. Jeśli policja uzna to za stosowne, może odebrać obywatelowi wolność samodzielnie. Ludzie, którzy przeszli reedukację przez pracę, zostają naznaczeni na całe życie. W czasach wzrostu liczy się ich w setkach tysięcy.

 

Trzysta sześćdziesiąt pięć dni reedukacji było dla Wu Chandi koszmarem. Straciła wolność i mieszkała w zatłoczonym baraku. Musiała nauczyć się na pamięć regulaminu i codziennie go recytować. Oraz ciężko pracować bez żadnego wynagrodzenia. Robiła diody. Szybko straciła rachunek, więc nie wie, ile ich w sumie wyszło w ciągu tego długiego roku, jedno jest jednak pewne: instalowano je w elektronicznych urządzeniach, za pośrednictwem których informuje się o wzroście Chin.

 

Rok po ukończeniu programu reedukacji Wu wciąż nie może się otrząsnąć. Często śni koszmary. Budzi się wtedy przerażona z krzykiem: „nie zamykajcie mnie w obozie, kupiłam bilet!".

 

Po wyjściu na wolność Wu Chandi rozpoczęła kolejną podróż. Poszła do lokalnego sądu i zaskarżyła decyzję administracyjną, na podstawie której skierowano ją na reedukację, i zażądała odszkodowania. Rezultat był do przewidzenia - przegrała. Odwołała się do sądu wyższej instancji i przegrała znowu. W orzeczeniu napisano, że decyzja o wysłaniu jej na reedukację była całkowicie uzasadniona i nie naruszała żadnych przepisów, nie może być więc mowy o ewentualnej „odpowiedzialności".

 

Wu Chandi ma obecnie pięćdziesiąt siedem lat i marne zdrowie. Często czuje przygnębienie i desperację. Boi się, że starość i słabość odbiorą jej wolę walki. Zaplanowała sobie przyszłość: najpierw chce odzyskać zdrowie, potem ruszyć w drogę z kolejną petycją.

 

Kiedy dwudziestego dziewiątego czerwca dwa tysiące dziewiątego roku wsiadała kwadrans przed trzecią do czternastki, nie miała pojęcia, że autobusy tej linii mijają jedne z najważniejszych miejsc na świecie. Z ich okien (tuż przed rogiem Tiananmen) widać mur Zhongnanhai, domu partii, oraz wiele innych pomników historii tudzież zapierających dech drapaczy chmur. I, rzecz jasna, Teatr Narodowy. Kilka godzin po złożeniu przez nią petycji odbył się w nim wspaniały koncert (bilety kosztowały od stu osiemdziesięciu do pięciuset osiemdziesięciu yuanów), podczas którego wykonano nieśmiertelne przeboje, takie jak „Jeszcze jedna cegła w gmachu socjalizmu" i „Słowa Mao po wsze czasy w sercu moim wyryte". W pierwszych rzędach zasiadło wielu ważnych ludzi, których powitano gromkimi brawami.

 

Lecz ona nie mogła o tym wiedzieć, zmierzając nieubłaganie naprzeciw przeznaczeniu, jakie szykował jej krzepnący kraj. Imię Wu Chandi brzmi po chińsku zupełnie tak samo jak „zrobione nigdzie". Teraz wie już dobrze, i gdzie, i kiedy.

 

2

Zamachowiec samobójca

 

O dziewiątej rano dwudziestego szóstego maja dwa tysiące jedenastego roku Qian Mingqi zaparkował srebrną furgonetkę przed budynkiem prokuratury w mieście Fuzhou, w prowincji Jiangxi. Wartownik powiedział mu, że nie wolno, ale Qian odkrzyknął, że zje tylko miskę makaronu i zaraz go nie ma. Był czwartek, niebo bezchmurne. W większości okolicznych sklepów mieli już otwarte, urzędnicy zaczęli właśnie pracę.

 

Nikt nie zwrócił uwagi na niepozornego, pięćdziesięciodwuletniego mężczyznę, choć wielokrotnie dawał do zrozumienia, co zamierza zrobić.

 

Niespełna trzydzieści minut później samochód - marki Changan, czyli „wiecznego spokoju" - wyleciał w powietrze. Jego właściciel zginął na miejscu. Eksplodowały także dwa sąsiednie auta.

 

Qian Mingqi urodził się w Pekinie w tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym dziewiątym, w roku największego głodu w historii Chin. Mało przychodziło wtedy na świat dzieci, wiele umierało. Może więc powiedzieć, że na starcie miał szczęście. W ciągu następnych pięćdziesięciu dwóch lat z pewnością nie opływał w dostatki, ale nie klepał też biedy. Nie ma przesady w stwierdzeniu, że wiodło mu się lepiej niż większości mieszkańców Chin. W dwutysięcznym miał już czteropiętrowy, wielopokojowy dom, jakieś siedemset metrów kwadratowych. Dorobek życia. Włożył w to przedsięwzięcie wszystkie oszczędności i kilka pożyczek, pół miliona yuanów, prawie dwieście siedemdziesiąt tysięcy złotych. Najwyraźniej zamierzał zostać w nim na dłużej - powtarzał, że budynek przetrzyma każde trzęsienie ziemi.

 

Jednak kiedy dwa lata później rząd postanowił połączyć Fuzhou z Pekinem autostradą, okazało się, że dom Qian Mingqi stoi jej na drodze. W dobie wzrostu nic nie może powstrzymywać rozbudowy infrastruktury. Nawet dzieło życia.

 

Na rynku dom Qiana był wart jakieś dwa miliony yuanów, ale państwowe wyceny rządzą się innymi prawami i władze zaproponowały ledwie dwieście pięćdziesiąt tysięcy odszkodowania. Właściciel odmówił. Płakał. Opierał się. Wdał się nawet w rozpaczliwą bijatykę z ekipą rozbiórkową. Wszystko na nic - jak wiele innych domów, opatrzonych wszelkimi możliwymi zezwoleniami, i na ten spadła wielka kula, w imię rozwoju.

 

W dwa tysiące piątym nową autostradą jeździły już samochody. Ma ona dwa tysiące pięćset czterdzieści kilometrów i należy do najlepszych w Chinach. Łącząc stolicę z bogatym i ludnym wybrzeżem na południowym wschodzie, stanowi ważny szlak transportu surowców i maszyn. Klucz do rozwoju gospodarczego kraju.

 

Kiedy rząd z pompą przecinał wstęgi, Qian Mingqi wsiadał w pociąg do Pekinu. W tamtym czasie nie był już zamożnym biznesmenem, tylko zdeterminowanym petentem, który wciąż wierzy i patrzy w przyszłość.

 

Wydeptując wszelkie możliwe ścieżki w poszukiwaniu uczciwego zadośćuczynienia, nie miał w sobie nic z ekstremisty. Żeby wszystkiego dopatrzyć, zapisał się na studia prawnicze. Próbował negocjować z władzami - bez skutku. Odwołał się od decyzji administracyjnej - przegrał. Poszedł do sądu - to samo. Wniósł apelację do wyższej instancji - odrzucili. W dwa tysiące siódmym wraz z innymi wysiedlonymi wytoczył sprawę lokalnym urzędnikom, oskarżając ich o sprzeniewierzenie pieniędzy przeznaczonych na odszkodowania. Sami już wiecie, z jakim skutkiem.

 

Przez ponad dziesięć lat kursował między Jiangxi a Pekinem w nadziei, że gdzieś wyżej rozwiążą jego problem. Droga prawna, polegająca na wnoszeniu pozwów i petycji, przyniosła mu, rzecz jasna, tylko pasmo porażek.

 

Nikt nie pamięta, co wydarzyło się podczas owych wypraw. Może siłą odprawiono go do Jiangxi, może rozgoryczony i przegrany wrócił tam z własnej woli. Na pewno wiemy tylko, że Qian Mingqi i jemu podobni stanowią część krajobrazu rosnących Chin i należą do najbardziej widocznych odpadków w procesie rozwoju.

 

W dwa tysiące szóstym zaczął opisywać swoje nieszczęścia w internecie, ale odzew był żaden. Kiedy popularność zyskały mikroblogi, rejestrował się na wszelkich serwisach i portalach społecznościowych. Na jednym poprosił o pomoc pięćdziesięciu użytkowników. Nikt nie zareagował. Na drugim zwrócił się do dwustu osób. W tym także do mnie. Nie dostał ani jednej odpowiedzi.

 

Zauważyłem, że do mnie napisał, dopiero po jego śmierci. Prosił, żebym umieścił jego list na swojej tablicy, a ja nic nie zrobiłem. Pewnie miałem na to mnóstwo dobrych argumentów, ale dziś chcę się przyznać, że powodował mną wyłącznie egoizm i obojętność na los innych. Qian Mingqi zginął za sprawą splotu różnych okoliczności, niemniej jedną z nich był brak zainteresowania właściwy temu społeczeństwu. A zatem i mnie.

 

Na Święto Wiosny w dwa tysiące jedenastym zawiesił po obu stronach drzwi tradycyjne dwuwiersze wymalowane złotym tuszem na czerwonym papierze. Treść zwyczajowa jednak nie była:

 

„Szczęśliwy Nowy Rok? Nie ma w nim nic szczęśliwego!

Moje krzywdy naprawione? Nie ma na to żadnej szansy!"

 

Wtedy był już zupełnie zrezygnowany, gotowy umrzeć. Pisał do ludzi w sieci, że mogą się spodziewać „wybuchowych wiadomości" z Jiangxi. Mówił, że pójdzie do piekła w towarzystwie swoich wrogów, i często deklarował zamiar wysadzenia budynku rządowego. Nikt mu nie uwierzył.

 

Krótko przed eksplozją ogłosił w internecie swój numer telefonu i gotowość przekazania organów do przeszczepu - jednak wyłącznie dzieciom z ubogich rodzin. Życzeniu temu nie stało się zadość, bowiem zaraz po śmierci został skremowany. Prochy zakopano. Numeru nie zmieniono. Telefony odbiera któryś z synów Qiana. Młodszy nie chce mówić o tacie, ale jego starszy brat jest bardziej rozmowny. Zamierza napisać książkę o petentach, ojciec ma być pierwowzorem głównego bohatera.

 

Qian Mingqi postanowił opuścić ten świat o dziewiątej rano dwudziestego szóstego maja dwa tysiące jedenastego roku. Napakował trzy tanie samochody materiałem wybuchowym. Koledze powiedział, że ma dla rządu prezent. Prawdę mówiąc, rząd go nie otrzymał i śmierć Qiana nie obudziła rosnących Chin. Udało mu się tylko zwiększyć liczbę posterunków i środki kontroli. Ścieżka petentów pozostaje wyboista i wciąż wiedzie pod górę.

 

Swoim prezentem Qian obdarował natomiast ludzi, którzy mieli chyba jeszcze mniej szczęścia niż on sam. W wybuchu zginęło z nim dwóch porządkowych, He Haigen i Xu Yingfu. Mieli rodziny i prowadzili normalne życie. Syn pierwszego chodził do szkoły podstawowej, drugiego - już studiował. Obaj byli biedni, pochodzili z ubogich domów, nie umieli sobie znaleźć lepszej pracy i kiepsko zarabiali, góra tysiąc miesięcznie. W Chinach czasu wzrostu mało kogo obchodzi, czy tacy ludzie żyją czy umarli.

 

3

Psychiczny

 

O drugiej w nocy dziewiętnastego kwietnia dwa tysiące jedenastego roku Xu Wu zdołał wydostać się z oddziału zamkniętego przy pomocy deski i skręconego prześcieradła. Zapuszczonego dziedzińca Szpitala nr 2 Wuhańskiej Fabryki Żelaza i Stali powinni pilnować strażnicy, ale spali. Ostrożnie uchylił ciężką bramę i znikł w świecie zdrowych na umyśle, od którego długo trzymano go z daleka.

 

To nie była jego pierwsza ucieczka. W dwa tysiące siódmym również wymknął się ze strzeżonego szpitala. Wcześniej przez osiem nocy piłował potajemnie kraty znalezionym przypadkiem kawałkiem brzeszczota.

 

Miesiąc później do fortecy przywiozła go z powrotem policja. Przez cztery kolejne lata zmuszany był tam do regularnego połykania niejadalnej brei i pigułek o niewiadomym działaniu. Od czasu do czasu poddawano go jeszcze elektrowstrząsom i bito, często zamykano w izolatce. Dwa lata nie widział słońca. Rzadko odwiedzał go ktoś z bliskich i znajomych.

 

Zapewne zdziwicie się słysząc, że formalnie nie był więźniem. Dokumenty stwierdzały, że cierpi na zaburzenia psychiczne.

 

Xu Wu przyszedł na świat w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym ósmym roku w rodzinie robotniczej. Jeśli do naszych podręczników nie wkradł się błąd, czyniło go to członkiem klasy rządzącej. Jego ojciec przepracował dziesiątki lat w Wuhańskiej Fabryce Żelaza i Stali. Uzyskawszy dyplom, dwudziestojednoletni Xu poszedł w ślady rodziciela.

 

Z dokumentów wynika, że nie był dobrym pracownikiem. Oddalił się bez zezwolenia i złamał regulamin. Xu nie zgadza się z tą opinią i uważa, iż jego jedynym problemem jest to, że „traktuje wszystko zbyt poważnie", co w Chinach bywa brane za „upór" albo „obsesję na punkcie należnych praw". Z tego właśnie powodu spędził tyle czasu w oddziale zamkniętym. Nie powinno to przecież dziwić. W epoce wzrostu w Chinach, gdzie prawa ludzkie łamane są nagminnie, przywiązywanie do nich zbyt wielkiej wagi można uznać za chorobę.

 

Między dwa tysiące trzecim a dwa tysiące szóstym Xu toczył ze swym pracodawcą liczne batalie prawne, ponieważ uznał, że niesłusznie obniżono mu pobory. Początkowo stosunki stron były serdeczne. Po mediacji sądu firma zaoferowała Xu pomoc finansową, ze względów humanitarnych, odżegnywała się jednak od jakiejkolwiek odpowiedzialności za rzekome nadużycia. Xu nie zgodził się na takie rozwiązanie polubowne. Powiedział, że pieniądze są dlań oczywiście ważne, aczkolwiek nieporównanie mniej niż odróżnienie dobrego od złego na sali sądowej. Sąd więc przemówił. Xu przegrał.

 

Nie zrezygnował jednak z walki z gigantem, czwartym producentem stali na naszej planecie i trzysta czterdziestym pośród pięciuset jej największych przedsiębiorstw. Siedziba koncernu stoi na parceli o powierzchni dwudziestu jeden kilometrów kwadratowych. Zatrudnia on kilkaset tysięcy osób i ma majątek wartości miliardów yuanów. Tudzież niezliczone filie. Prowadzi własne szkoły, szpitale i firmy ochroniarskie.

 

Przedstawiciele dyrekcji cieszą się przywilejami zarezerwowanymi dla członków rządu. Albo i nimi są. Warto też wiedzieć, że firma przedstawiana jest jako jedno z najlepiej zarządzanych przedsiębiorstw w kraju. W epoce wzrostu taki wzorowy zakład może jednym dać fortunę, innym zaś życie uprzykrzyć.

 

Xu Wu należy do grupy drugiej, tej pechowej. Żyje mu się w Chinach źle, odkąd odrzucił humanitarną propozycję pracodawcy. Często stosowano wobec niego przemoc fizyczną. Obrażenia były na tyle poważne, że wymagał opieki szpitalnej. Wielokrotnie upokarzano go i pozbawiano wolności. Starał się stawiać opór, ściągając w ten sposób na siebie jeszcze dotkliwsze prześladowania. Na koniec musiał salwować się ucieczką z miasta Wuhan.

 

Szesnastego grudnia dwa tysiące szóstego roku zatrzymano go w stolicy przed bramą Uniwersytetu Pekińskiego. Ponoć groził podłożeniem bomby na Tiananmen, miał w plecaku szkic ładunku, cążki i niezbędne składniki. Xu wszystkiemu zaprzecza. Mówi, że przyjechał do Pekinu po pomoc prawną.

 

Trzydziestego pierwszego grudnia ulicami Wuhanu przelewał się radosny, kolorowy tłum, chcący powitać nowy, dwa tysiące siódmy rok. Rządowa telewizja transmitowała wielką galę ku czci mądrości i dobroci rządu. Tego samego dnia Xu został przewieziony do betonowej fortecy, w której przez tysiąc pięćset siedemdziesiąt jeden dni naprawiano mu zdrowie psychiczne. Nie było przy nim nikogo z rodziny. Zwinięty w kłębek na wąskim łóżku, ubrany w białą szpitalną piżamę w niebieskie pasy wyglądał jak opuszczona zebra, którą nadepnęło rosnące państwo.

 

Pierwszego maja dwa tysiące siódmego roku dotarł na Tiananmen odziany w łachmany. To była jego pierwsza ucieczka. Wcześniej przez miesiąc mieszkał pod pekińskimi mostami. Utrzymywał się ze sprzedaży pustych butelek i puszek. Żebrał o pomoc przed drzwiami wielu centralnych urzędów. Nikt go nie wysłuchał.

 

Pierwszego maja Chiny obchodzą kolejne wielkie święto. Na placu kłębili się turyści z każdego zakątka kraju. Znalazł kawałek wolnego miejsca i w blasku dnia zapalił świecę. Wydaje się, że to już tradycja, którą dokładnie czterdzieści siedem lat wcześniej zapoczątkował w tym miejscu niejaki He Mingyuan, protestując przeciw głodowi i prześladowaniom, za co wtrącono go do więzienia. Los Xu był nieco lepszy. Jego zawieziono do przypominającego kryminał szpitala. Zagadkę, którą zadał, rozszyfrować niełatwo. Podnosząc na Tiananmen zapaloną świecę ku jasnemu niebu chciał powiedzieć światu, że oddalone o tysiąc dwieście kilometrów miasto Wuhan spowija nieprzenikniona ciemność.

 

Jeśli spojrzeć na to inaczej, Xu Wu miał przecież wiele szczęścia. Dla innych chorych leczenie było płatne, a on dostawał je za darmo. Kierownictwo musiało uznać, że stan pacjenta nie pozwala na przyjmowanie gości, bowiem próbujących zobaczyć syna sędziwych rodziców raz po raz zawracano spod szpitalnej bramy. Między dwa tysiące siódmym a dwa tysiące jedenastym rokiem powtórzyło się to osiemdziesiąt sześć razy. Odwołali się do lokalnego sądu, ale ten odmówił rozpatrzenia sprawy. Poszli do specjalistów z innych placówek, gdzie odmówiono im jednak pomocy. Mieszkali tylko kilka kilometrów od syna, lecz dla nich równie dobrze mógł być na odległej planecie.

 

Xu wymknął się ze szpitala o drugiej w nocy dziewiętnastego kwietnia dwa tysiące jedenastego roku. Pożyczył od kolegi dwa tysiące yuanów, czyli nieco ponad tysiąc złotych, i wsiadł w pociąg do Guangzhou na południu. Udał się tam do szpitala psychiatrycznego i poprosił o zbadanie. Nie stwierdzono u niego żadnych zaburzeń poza „przygnębieniem i niską samooceną". Z tym zaświadczeniem poszedł prosto do mediów. Kiedy dwudziestego siódmego opowiedział o swoich przeżyciach w telewizji, został zabrany sprzed budynku stacji przez siedmiu mężczyzn w cywilnych ubraniach. Jeden z nich powiedział, że ma na nazwisko Zhou. Później okazało się, że nie mówił prawdy. I że ma etat w biurze ochrony Wuhańskiej Fabryki Żelaza i Stali.

 

W mediach zawrzało. Dziennikarze przeprowadzali wywiady z krewnymi i sąsiadami Xu, którzy zgodnie twierdzili, że nie brakuje mu żadnej klepki. Choć prosił, żeby poddano go rozstrzygającym badaniom w innej prowincji, nikt nie słuchał. Po sąsiedzku orzeczono więc, że cierpi na zmiany paranoidalne i zalecono hospitalizację. Rodzice nie przyjęli tego do wiadomości i zabrali syna do domu. Po upublicznieniu diagnozy media straciły zainteresowanie sprawą Xu. Na pewno rozumiecie, że ledwo nadążają z informowaniem o rzeczach znacznie ważniejszych.

 

Powrót do domu nie oznaczał dla Xu wolności. Ani, jak twierdzi, końca problemów. W sierpniu dwa tysiące jedenastego uciekł od rodziców, ale wkrótce został pojmany i odwieziony z powrotem przez ludzi, którzy mają „mieć go na oku". W grudniu znów udało mu się dotrzeć do Pekinu i spędzić tam czterdzieści trzy dni. Każdy z nich wykorzystał na rozsyłanie w sieci błagalnych listów (co nie znaczy, że nie poświęcał uwagi problemom innych). Odpowiedziało mu tylko kilka osób. Najwyraźniej jego historia zdążyła się już opatrzyć. Potem jeszcze raz został odesłany do Wuhanu, gdzie dziś na własną rękę studiuje prawo.

 

Zamierza poświęcić się dwóm rzeczom. Po pierwsze, „znieść wszystko, co przyniesie życie". Druga sprawa dotyczy prawa. Uznano go formalnie za niepoczytalnego, więc nie ma szans w żadnym sądzie. Postanowił jednak „zgłębiać prawo i propagować jego znajomość". Zapytałem, czy chciałby stanąć do egzaminu państwowego. Zaprzeczył. Obawia się, że mógłby go nie zdać, i pragnie tylko w miarę możności pomagać innym.

 

Xu Wu ma czterdzieści cztery lata i ciągle jest kawalerem. Chciałby szybko znaleźć miłość. W dwa tysiące szóstym poznał kogoś, ale daleko temu było do prawdziwego uczucia. „Po prostu parę razy rozmawialiśmy", powiedział mi. Kontakt się urwał, przez to, że zamknęli go w szpitalu. Uważa, że ona „na pewno wyszła już za mąż i ma dzieci".

 

4

Płucny

 

Dwudziestego dziewiątego grudnia dwa tysiące dziesiątego roku Zhong Guangwei wjechał na wózku na salę operacyjną szpitala chorób płucnych w Nanjingu. Dwie godziny później z jego lewego płuca wypłukano osiem litrów ciemnej cieczy, którą napełniono piętnaście butelek. Płyn zawierał niezliczone czarne grudki i strzępki. To nie był koniec, ponieważ lekarzowi zostało jeszcze drugie płuco.

 

Zhong Guangwei, rocznik tysiąc dziewięćset siedemdziesiąty trzeci, dał sobie spokój z nauką w piątej klasie i zaczął w pocie czoła zarabiać na życie na skrawku jałowej ziemi, jak przedtem jego ojciec i dziad. Naruszając przepisy państwa, które pozwala tylko na jedno, spłodził troje dzieci. Zameldowanie nadliczbowych wymagało zapłacenia grzywny, na którą nie było go stać.

 

W Chińskiej Republice Ludowej chłopi tacy jak on zawsze byli najciężej pracującymi ludźmi. W ciągu tych sześćdziesięciu lat nikt też nie cierpiał takiej nędzy. To obywatele drugiej kategorii. Bez regularnych dochodów i jakichkolwiek świadczeń ledwie wiążą koniec z końcem. W epoce wzrostu rząd nie ściąga z chłopów podatku gruntowego, dzięki czemu niektórym zaczęło się żyć trochę lepiej. Niemniej Zhong Guangwei, jak wielu mu podobnych, poprawy nie odczuł.

 

W listopadzie dwa tysiące szóstego Zhong pożegnał się z żoną i dziećmi, by podjąć pracę operatora młota pneumatycznego w kopalni węgla w Datongu, w Shanxi, największym zagłębiu tego surowca w Chinach. Od lat wydobywa się tam tysiące tysięcy ton węgla na prąd elektryczny dla wielkiego państwa.

 

Wielu ludzi zbiło fortuny na węglu, co sprawia, że Shanxi jest najbardziej zanieczyszczoną prowincją w kraju. Najwięcej tu także wypadków przy pracy. Wielu górników pracuje pod ziemią w skrajnie niebezpiecznych warunkach. Z reguły bez zabezpieczenia i ubezpieczenia. Często giną w szybach i chodnikach, co stanowi integralną część chińskiego wzrostu.

 

Zhong Guangwei trafił do miejsca, które było niegdyś sanktuarium buddyjskim i leżało nieopodal słynnych Grot Yungang. Chcąc więcej zarobić, pracował po dziesięć godzin dziennie w hałasie i pyle. Po czterech miesiącach zaczął kaszleć i skarżyć się na płuca. Nie zwolnił jednak tempa, tylko prosił lekarza o kroplówkę, gdy ból stawał się nie do zniesienia. Następnego dnia wracał do swojego świdra oraz pyłu osiadającego na twarzy i w płucach.

 

Wiosną dwa tysiące siódmego był już wrakiem. Stracił na wadze i ciągle zanosił się kaszlem. Przestraszył się, że to może być pylica, poszedł więc na badania do miejskiego ośrodka zdrowia, gdzie lekarz nie chciał go przyjąć, tłumacząc, że pylica jest chorobą zawodową, zatem do przeprowadzenia badania konieczne jest zaświadczenie z pracy.

 

Zhong Guangwei musiał więc przedstawić najpierw umowę o pracę. On był jednak chłopem, tyle że jak wielu rodaków pracującym nie na roli, a jako robotnik. Zrozummy się dobrze: chłop to niezmienny atrybut klasowy, a robotnik to zawód. Liczba wieśniaków trudniących się czymś innym przekroczyła w rosnących Chinach sto dwadzieścia milionów. Budują drogi i domy, imają się najbardziej uciążliwych i najniebezpieczniejszych zajęć, budząc przy tym powszechną wzgardę i podejrzliwość. W pocie i znoju rzadko zdają sobie sprawę, że coś im przysługuje. Tylko nieliczni szukają ochrony w postaci zawarcia umowy o pracę. Kiedy ich prawa są naruszane, mogą jedynie zacisnąć zęby, ponieważ nie mają żadnego dokumentu, z którym mogliby iść do sądu. Wiecie przecież z pewnością, że Chiny są państwem prawa.

 

Zhong Guangwei wrócił więc do swojej kopalni prosić pryncypała o jakieś zaświadczenie, nic jednak nie wskórał. Dla dyrekcji był już wyłącznie natrętem i nikt nie zamierzał mu pomagać.

 

W tej sytuacji mógł zwrócić się tylko do władz, poszedł więc po decyzję administracyjną okręgowego biura pracy w mieście Datong. Sprawa okazała się niezwykle skomplikowana. Pokornie schylony z przyklejonym do twarzy wymuszonym uśmiechem truchtał, zanosząc się kaszlem, od drzwi do drzwi. Po trzech miesiącach uzyskał w ten sposób zaświadczenie, że między nim a właścicielem kopalni „nie istniała relacja zatrudnienia". Proste i typowe dla rosnących Chin: Zhong Guangwei nigdy nie wydobywał węgla i nie miał nic wspólnego z człowiekiem, który na nim zarabiał.

 

Teraz mógł się poskarżyć w sądzie ludowym. Powtórzył więc ćwiczenie gimnastyczne - trucht, uniżony garbik, uśmiech - w pierwszej, a następnie drugiej instancji. W końcu wygrał orzeczenie, że de facto pracował u właściciela kopalni, i w ten oto sposób po roku nerwowej bieganiny uzyskał prawo do poddania się badaniu lekarskiemu.

 

Rozpoznano mu zaawansowaną sylikozę, pylicę krzemową. Z kartką w garści poszedł do władz po skierowanie na komisję orzekającą o niezdolności do pracy. I znów okazało się to drogą przez mękę. Był coraz słabszy, wszystkie oszczędności wydał na lekarstwa. Potem próbował już tylko zabić ból najtańszymi pigułkami na rynku. Najpierw zażywał je na sztuki, z czasem przeszedł na garście.

 

Siedem miesięcy później przyznano mu grupę inwalidzką, orzekając całkowitą niezdolność do pracy. Wtedy zaczął ubiegać się o odszkodowanie. Wypełniał formularze, zdobywał i kopiował zaświadczenia, z którymi kaszląc i słaniając się na nogach, ponownie zawitał do okręgowego biura pracy miasta Datong. I stał się cud - bez zwyczajowego, niekończącego się, niezrozumiałego bełkotu powiedziano mu krótko i węzłowato, że nie przyjmą jego wniosku, ponieważ przed kilkoma miesiącami kopalnia została zamknięta.

 

Napisał więc kolejne odwołanie i tym razem czekał na decyzję ledwie kilka miesięcy. Sąd orzekł, że należy mu się odszkodowanie w wysokości czterystu dziewięćdziesięciu tysięcy yuanów (dwieście sześćdziesiąt tysięcy złotych). Czekał cztery miesiące, ale nie dostał grosza. Musiał zatem wystąpić o nakaz egzekucji. W historii Zhonga wszystko było „żmudne" i „długotrwałe", ale wierzcie mi - nic tak bardzo, jak windykacja.

 

Na dźwięk tego słowa w rosnących Chinach bledną nawet zahartowani w bojach prawnicy, cóż miał więc zrobić ciemny, zabiedzony, umierający chłop? Miotał się z żoną między rozwalającą się chałupą a sądami, popadając w coraz większą rozpacz. Razem padali na kolana, zawodzili, błagali. Jak wiecie, w sądach trzeba przestrzegać prawa, przeto sędziowie zlecali im przeprowadzenie wielu uzasadnionych czynności, takich jak sprowadzenie do gmachu właściciela kopalni tudzież wskazanie magazynu do przechowywania ciężkich maszyn górniczych. Ludzie w togach sądzili zapewne, że dla Zhonga to pryszcz.

 

Na tym etapie Zhong Guangwei nie tylko był już bez grosza, ale tonął w długach. Mieszkał pośrodku gigantycznej kopalni, nie stać go było jednak na napalenie w piecu. Przy dwudziestostopniowym mrozie jego pięcioosobowa rodzina, w tym dwulatek, kuliła się pod jednym, marnym kocem. Zhong kasłał całe noce, czasami tracił nawet przytomność. Zaczął rozmawiać z żoną o samobójstwie, dwunastoletnia córka chciała sprzedawać krew. W najgorszych chwilach prosty, dobry wieśniak mówił, że najchętniej wysadziłby w powietrze cały ten jebany świat, który miał dla nich tylko ból.

 

Kilka miesięcy później coś drgnęło. Ktoś wyciągnął do nich rękę, zawrzało w mediach. Dwudziestego ósmego października dwa tysiące dziesiątego roku sąd wezwał Zhonga Guangwei i jego dłużników. W dobie chińskiego wzrostu prawo ma dwa oblicza: twarde i miękkie. Wobec Wu Chandi, Qiana Mingqi oraz Xu Wu było nieprzejednane. Z Zhongiem chciało negocjować. Właściciel kopalni nie zamierzał zapłacić całej kwoty, sędziowie podjęli się więc mediacji między stronami. Wierzyciel musiał zejść z czterystu dziewięćdziesięciu tysięcy do czterystu osiemdziesięciu, czterystu siedemdziesięciu, trzystu pięćdziesięciu i wreszcie dwustu siedemdziesięciu tysięcy (stu czterdziestu trzech tysięcy złoty). I tak prawo, które było dlań ostatnią nadzieją, potrąciło mu czterdzieści pięć procent.

 

Dwudziestego dziewiątego grudnia dwa tysiące dziesiątego roku Zhong Guangwei wjechał na wózku na salę operacyjną szpitala chorób płucnych w Nanjingu. Dwie godziny później z jego lewego płuca wypłukano osiem litrów ciemnej cieczy, którą napełniono piętnaście butelek. Podczas następnej wyprawy wózkiem zabrano się za płuco prawe. W nim było tego jeszcze więcej, dwadzieścia jeden butelek. Lekarz powiedział, że zabieg złagodzi objawy, ale nic więcej, bo na tę chorobę nie ma lekarstwa.

 

W dobie chińskiego wzrostu są dziesiątki tysięcy takich bezrolnych wieśniaków z pylicą. Większość z nich nie ma przecież tyle szczęścia. Bez zainteresowania mediów i społecznego wsparcia nigdy nie dochodzą swoich praw. Harują w milczeniu, cierpią bez słowa i po cichu umierają.

 

Zhong Guangwei żyje. Ma metr siedemdziesiąt trzy i waży pięćdziesiąt dwa kilogramy. Przepłukał płuca, spłacił długi i nabył nawet stary dom. Pieniądze, za które kupiono od niego zdrowie, zaraz się skończą. Jako niepracujący na roli chłop nie może się ubiegać o zwrot kosztów leczenia.

 

„Przyszłość" jest poza jego zasięgiem. Nie może nic planować. Chce tylko trzymać kilka świnek i kóz, żeby wykarmić rodzinę, ogrzać dom i przeżyć. Nauczył się korzystać z internetu. W ciągu ostatnich dwóch lat wysłał ponad cztery tysiące wiadomości. Wszystkie dotyczą pokrzywdzonych. Powiedział mi: przeszedłem swoje i wiem, jak to jest. Nie mogę zrobić wiele, więc staram się dać cierpiącym chociaż trochę ciepła.

 

5

Kandydat

 

Chcę wam też opowiedzieć historię Lianga Shuxina. Liang ma trzydziestkę i jest członkiem Komunistycznej Partii Chin. Ósmego września dwa tysiące jedenastego roku przekreślił nazwiska dwóch kandydatów do lokalnego Zgromadzenia Przedstawicieli Ludowych, wpisał na karcie swoje i wrzucił głos do urny. Choć miał poparcie wielu prostych ludzi, nie mógł zostać kandydatem, ponieważ ktoś o to zadbał. Następne wybory odbędą się w dwa tysiące szesnastym roku. Zamierza startować, jeśli, jak to ujmuje, wybory będą uczciwe.

 

6

Komentator

 

Chciałbym opowiedzieć jeszcze o Xiao Hanie. Do dwudziestego dziewiątego maja dwa tysiące dwunastego jego konto na portalu Sina Weibo zamykano sto trzydzieści jeden razy. Xiao Han ma czterdzieści trzy lata. Wykłada w Wyższej Szkole Nauk Politycznych i Prawa. Śledzi bieżące wydarzenia i regularnie się o nich wypowiada.

 

W listopadzie dwa tysiące dziewiątego założył imienne konto na Weibo. Pisał komentarze o prawie i wolności słowa. Konto szybko zamknięto. Utworzył wtedy nowe: Xiao Han Weibo II. Kiedy zlikwidowano i je, powołał do życia Xiao Hana Weibo III. Wyjeżdżałem z Chin przed kilkoma dniami i wtedy nazywał się Xiao Han Weibo CXXXII, co oznacza, że aby zostać wysłuchanym, musiał rejestrować się sto trzydzieści dwa razy.

 

Można by powiedzieć, że Xiao umierał sto trzydzieści jeden razy. Nie wie, jak długo pozwolą mu się odradzać, ale nie zamierza się poddawać. „Gdzie wolności nie ma, wolność znaczy wszystko".

 

W Chinach są tysiące takich obywateli sieci. Nazywa się ich członkami Partii Odrodzonych. Jeden miał już trzysta pięćdziesiąt dziewięć wcieleń. To walka między twardym murem a miękką tkanką. Choć porażka jest nieuchronna, członkowie tej partii bez wahania rzucają się na żelazną ścianę.

 

7

Dowcipniś

 

Fang Hong jest czterdziestoczteroletnim urzędnikiem. Dwudziestego pierwszego kwietnia dwa tysiące jedenastego roku zawiesił w sieci dowcip o Bo Xilaiu i Wang Lijunie, aparatczykach z Chongqingu, którzy niedawno popadli w niełaskę. Żart składał się pięćdziesięciu ośmiu chińskich znaków. Za jego sprawą Fang Hong został jednym z najwyżej opłacanych pisarzy na świecie: dostał rok obozu pracy, czyli sześć i trzy dziesiąte dnia wolności za jeden znak. Ludzie mówią, że to sprawka Bo, ale prawdziwa przyczyna kłopotów Fanga tkwi gdzie indziej.

 

Dlaczego rosnące Chiny tak boją się dowcipu? Jaki system wtrąca do więzienia za opowiadanie żartów? Dlaczego tak łatwo traci się wszelkie prawa i tak trudno je potem odzyskać?

 

8

Łapówkarz

 

Pozwólcie, że na koniec opowiem o sobie. Po raz pierwszy wystąpiłem o paszport w wieku lat trzydziestu. Mieszkałem wtedy na południu, w Guangdongu, ale podanie musiałem złożyć osobiście na dalekim zachodzie, w Sichuanie, ponieważ tam miałem meldunek i teczkę. Do Sichuanu leci się samolotem tylko dwie godziny, jednak wnioski paszportowe rozpatrywane są dwa tygodnie, podczas których trzeba wielokrotnie chodzić od urzędu do urzędu. Każda taka wycieczka okazywała się bitwą. Najwyraźniej paszport nie należał mi się ot tak, lecz był darem, nadawanym przez rząd przywilejem. Procedura wymagała między innymi uzyskania zaświadczenia komitetu dzielnicowego, że nie miałem nic wspólnego z Falun Gong ani ruchem studenckim w osiemdziesiątym dziewiątym roku.

 

Było upalne, letnie popołudnie. Po odstaniu w kolejce dwóch godzin znalazłem się przed obliczem zapracowanego dyrektora komitetu. Człowiek ten piastował prawdopodobnie najniższe stanowisko w długim łańcuchu chińskiej biurokracji, był jednak zimny i wyniosły jak większość aparatczyków usadowionych o wiele wyżej. „Muszę mieć dowód, że nigdy nie praktykowaliście Falun Gong i nie uczestniczyliście w ruchu studenckim", wycedził.

 

„Trudno przedstawić dowód, że się czegoś nie robiło. Inni mogą potwierdzić jedynie coś przeciwnego", odparłem, próbując przemówić mu do rozsądku. Wyjaśniłem, że w osiemdziesiątym dziewiątym nie mogłem być studentem, ponieważ szedłem wtedy do gimnazjum, i że „nigdy nie interesowałem się Falun Gong". Mówiłem prawdę i on to wiedział, ale i tak nie chciał mi wydać zaświadczenia. Bałem się kłócić, ponieważ to oznaczałoby koniec starań o paszport. Przełknąwszy dumę, przekonywałem, prosiłem, błagałem. Bez skutku.

 

Wreszcie poddałem się i przekupiłem go kartonem papierosów Chung Hwa za czterysta yuanów (jakieś dwieście piętnaście złotych).

 

W ten sposób udowodniłem, że jestem niewinny, popełniając przestępstwo, a dyrektor komitetu dzielnicowego sprzedał się za sztangę fajek.

 

Podziękowałem. „Bardzo proszę - odpowiedział. - Po to tu jestem". Do dziś nie wiem, czy miał na myśli wydawanie zaświadczeń, czy przyjmowanie łapówek.

 

Wypisanie kwitka zajęło mu pięć minut. Tak wyglądał mój pierwszy formalny krok w drodze po paszport. Był wtedy rok dwa tysiące trzeci i ludzie dopiero zaczynali mówić o chińskim wzroście.

 

Zakończenie

 

Gdybyśmy mieli czas, opowiedziałbym wam więcej historii. O tych, co harują na polach, ryją pod ziemią i pokornie walczą o przetrwanie. To oni budują autostrady i wieżowce, to oni wypracowują ośmioprocentowy wzrost PKB, i to oni biorą na siebie siłę uderzenia rozwoju kraju. Jako obywatel tego państwa, mam oczywiście nadzieję, że będzie ono wielkie. Ale nowe bogactwo nie może sprowadzać się do pompowania pieniędzy do rządowych skarbców. Powinno przynosić bezpieczeństwo, szczęście i zdrowie Chińczykom. I ma być mierzone nie tylko yuanami, ale też ideami, kulturą, sztuką. Chcę wierzyć, że mój kraj rozwinie się nie tylko materialnie, ale i cywilizacyjnie. Że będzie potężny nie samą armią, lecz również siłą ludzkiego współczucia.

 

Mam nadzieję, że mój wschodzący kraj pozwoli wszystkim mówić swobodnie, zamiast zaciskać im palce na gardle, że wyciągnie do słabych pomocną dłoń, zamiast wpychać w otchłań rozpaczy, że zacznie wynagradzać pracujących w pocie czoła, zamiast wyzyskiwać.

 

Mam nadzieję, że na rozwoju mojego kraju skorzystają wszyscy, a nie garstka uprzywilejowanych rodzin. Mam nadzieję, że wypracowany tu zysk popłynie do ogółu, a nie do kieszeni skorumpowanych aparatczyków.

 

Mam nadzieję, że mój kraj będzie się miarkować, czynić zadość sprawiedliwości i stać na straży ludzkiej wolności, a nie dręczyć najsłabszych.

 

Mam nadzieję, że mój kraj nie będzie się rozwijał niczyim kosztem.

 

 

 

 

 

czerwiec 2012

 

 

 

Murong Xuecun to pseudonim Hao Quna, popularnego pisarza i blogera, nieprzejednanego krytyka cenzury.

 

 

 

 


Home Aktualności Raporty Teksty Archiwum Linki Pomoc Galeria