Teksty. Z perspektywy Tybetańczyków

wersja do druku

Share

Wolność jest bezcenna

Oser

 

Dziewczyna z Hongkongu, którą poznałam dzięki mediom społecznościowym, poprosiła mnie o napisanie krótkiego wstępu do czekającego na publikację zbioru zapisków z podróży.

 

„Książka jest przede wszystkim o Tybecie - wyjaśniła. - Naprawdę kocham to miejsce, byłam tam już trzy razy. Jestem wdzięczna za twoje eseje, które pozwalają nam, przyjezdnym, spojrzeć na Tybet inaczej i lepiej go zrozumieć. Często słyszę dziwne opowieści o budzących grozę Tybetańczykach, tymczasem ci, których sama spotkałam, byli zawsze mili i uśmiechnięci. Samospalenia stworzyły fałszywy obraz zagrożenia i radykalizmu. Wszędzie, przed i po incydencie 14 marca, lamowie i zwykli ludzie traktowali mnie bardzo dobrze. Każdy, kto otrząśnie się z uprzedzeń i nie słucha plotek, szybko odkryje, że wszystkie te stereotypy są wyssanymi z palca mitami".

 

Przekonały mnie te słowa - a także poruszające zdjęcia z Indii i Nepalu (bo Wenwen opowiada i o nich).

 

Oto, co dla niej napisałam:

 

Indie, Nepal - dla mnie, Tybetanki, to słowa jak z dalekiego snu. Wiele lat temu wpadła mi w ręce gruba księga zatytułowana „Nepal". Jeden z tych przewodników, napisany, o ile dobrze pamiętam, przez hipisów, którzy upodobali sobie to miejsce w latach siedemdziesiątych. Przełożono go z angielskiego na elegancki, tradycyjny chiński. Zakochałam się w tej książce, zwłaszcza w przepięknych zdjęciach. Kartkowałam ją często, wyobrażając sobie, że kiedyś sama tam pojadę i z bedekerem w ręku odwiedzę wszystkie opisane w nim miejsca. Tak się w tym zapamiętałam, że nabrałam irracjonalnego przekonania, iż zaraz, wolna jak ptak, ruszę w drogę. „Całe moje pisanie - zanotowałam - jest poszukiwaniem słów, całe podróżowanie, szukaniem miejsc".

 

Taka „wolność" bywa bardzo rzeczywista. Dla mieszkańców tego kraju sprowadza się do czegoś tak banalnego jak „paszport". Choć jednym wydaje się on czymś zupełnie zwyczajnym, dla drugich, przypisanych do kategorii „Tybetańczyk" bądź innej „grupy etnicznej", jest odległy bardziej niż niebo. Skoro tak przedstawia się rzeczywistość, możemy tylko szukać dobrych stron złej sytuacji, co w przypadku egzotycznych podróży oznacza piękne sny. Na początku 2012 roku tysiące Tybetańczyków, w większości bardzo już sędziwych, zdobyły wreszcie wymarzone paszporty i udały się z nimi do ziemi świętej, Bodh Gai, słuchać nauk buddyjskich z ust Jego Świątobliwości Dalajlamy. Krótka chwila szczęścia, mająca pocieszyć serca, na których wymuszono tyle kompromisów. Niemniej zaraz po powrocie dogonił ich niekończący się koszmar o imieniu rzeczywistość. Rozmawiałam z wieloma staruszkami, którzy opowiadali z płaczem o przeszukaniach, konfiskatach, zdejmowaniu odcisków palców, fotografowaniu pod każdym możliwym kątem, zamknięciu, „studiowaniu w grupach", praniu mózgów, pisaniu wymuszonych samokrytyk, paśmie upokorzeń. Na koniec wszystkim odebrano paszporty. Dziś nawet tych, którym nie przeszło nigdy przez myśl, że mogliby wybrać się do Indii, dzieli od tego dokumentu bariera następnego żywota.

 

Kiedy więc czytam „Podróże na jawie" - cóż za wspaniały tytuł! - jestem zafascynowana wolnością. Wenwen ma wolność podróżowania, której ja nie mam - i daje mi ją poczuć, korzystać z niej za sprawą swych opisów, a przez to docenić jeszcze bardziej. To zapewne najważniejsze, istotniejsze od wszystkiego.

 

Dwa dni temu w kawiarni dobrego znajomego Shu Bobo (tak, tego samego, który otworzył w Lhasie „Spinn Cafe"; jest z Hongkongu i mówi po tybetańsku) spotkałam parę jego ziomków. Śliczna dziewczyna - świetnie malująca i bardzo podobna do Wenwen - powiedziała: „Jeśli nie pojedziemy do Lhasy, jeśli nie zobaczymy Tybetu teraz, będzie za późno. Stopniowa zagłada tak pięknego miejsca doprowadza mnie do rozpaczy. I zaczynam myśleć o domu - czyż dzisiejszy Tybet nie jest jutrem Hongkongu?". Kiedy zobaczyłam łzy w oczach tej dziewczyny (nawet nie wiem, jak się nazywała), ścisnęło mi się gardło. Musiałam wstać i wyjść. Podniosłam głowę i spojrzałam na niebieskie niebo z białymi obłokami, które zostaną tu na zawsze. A potem opuściłam wzrok na codzienną krzątaninę, tętniącą życiem i jednocześnie przemijającą. Na wprost mnie stało centrum handlowe z Wenzhou, noszące absurdalną nazwę „Shenli Times Square". Jego gigantyczny cień zdawał się pożerać ścielące się wokół ruiny, które były kiedyś majestatycznym klasztorem Szide.

 

 

Lhasa, 4 listopada 2013

 

 

 

oserwolnoscijestbezcennawstepdoksiazki
 

 

 

 

 Za High Peaks Pure Earth

 


Home Aktualności Raporty Teksty Archiwum Linki Pomoc Galeria