Teksty. Z perspektywy Tybetańczyków

wersja do druku

Share

Moje chińskie wykształcenie

Oser

 

W 1981 roku, w którym ukończyłam gimnazjum w Kangdingu, w tybetańskim Khamie, licea w Chinach właściwych zaczęły przyjmować przedstawicieli mniejszości etnicznych. Był to jeden z elementów wielkiej kampanii, jak to oficjalnie nazwano, „pomagania Tybetowi". Dzieci z regionów mniejszościowych wyrywano z rodzinnych wiosek, żeby „wychować" je w chińskich szkołach do służby ziomkom i państwu. Po kilku dekadach strategia edukacyjna Pekinu zadusiła kulturę mniejszości w imię dzieła jednoczenia kraju pod przewodem grupy dominującej, Hanów.

 

Trafiłam do szkoły średniej przygotowującej do studiów na Południowo-Zachodnim Uniwersytecie Narodowości w Chengdu, stolicy prowincji Sichuan. Byłam jedną z pierwszych tybetańskich świnek morskich tego eksperymentu. Chciałam wyrwać się spod opiekuńczych skrzydeł rodziców i marzyłam o wielkim mieście. Chengdu nim było.

 

Pojechałam tam z ojcem, autobusem. Bujaliśmy się na drewnianych siedzeniach sunąc w dół serpentynami niemal trzytysięcznej góry Erlang. Nastolatkę po raz pierwszy wyjeżdżającą z Tybetu oczarowały lasy bambusowe i pomarańczowe gaje.

 

Na miejscu powitał mnie kuszący zapach straganowego jedzenia. Omal nie zemdlałam na widok stosu obdartych ze skóry króliczych głów. W Tybecie nikt nie tknąłby mięsa zająca. Nie mogłam uwolnić się od obrazu ribonga (bo tak się nazywają w moim dialekcie), którego widziałam przez okno na górskiej przełęczy.

 

Tak zaczęło się pasmo kulturowych szoków. Akcent, jedzenie, ubrania - wszystko tu było inne. Skradłam pierwsze kęsy duszonego węgorza, żabich udek i tych pikantnych króliczych łepków. Doskonale wiedziałam, że ziomkowie przeklną mnie za naruszanie kulturowych i religijnych tabu, w których dorastałam. Jednak gdybym nie jadła lokalnych potraw, zostałabym wyśmiana przez chińskich uczniów. Skoro boję się zajęczej główki, z pewnością muszę należeć do tych „etnicznych" dzikusów.

 

Chengdu leży w rzecznej dolinie, panuje w nim upał i wilgoć. Wraz z tybetańskimi krajankami ze zdumieniem odkryłam, że kręcą się nam od niej włosy. Dla rdzennych Chińczyków loki są znakiem rozpoznawczym mniejszości. Każdego ranka próbowałyśmy więc okiełznać niesforne długie pasma grzebieniem i szczotką. Skończyło się na ucięciu ich tuż za uszami. Wszystkie wyglądałyśmy jak paniusie z trwałą ondulacją.

 

W szkole panowała segregacja. Mniejszości trzymano w izolowanych częściach kampusu, rzadko widywaliśmy chińskich rówieśników. W mojej klasie byli głównie Tybetańczycy oraz Ji, mniejszość z okolic Chengdu. W rodzinnych stronach mówiliśmy najróżniejszymi językami i dialektami. Początkowo niektórzy starali się trwać przy własnych, ale wkrótce wszyscy opanowaliśmy lokalną odmianę chińszczyzny.

 

Znacznie później uświadomiliśmy sobie, że w procesie asymilacji straciliśmy część siebie. W moim przypadku była to zdolność dobywania pewnych tybetańskich dźwięków. Krewni z Lhasy żartują, że jakiś Chińczyk musiał mi zoperować język. Ojczystą mowę kaleczę tak, że w moich ustach należycie nie brzmi nawet słowo „Lhasa".

 

W Chengdu poszłam też na studia. Na Południowo-Zachodnim Uniwersytecie Narodowości kształcono przedstawicieli ponad dziesięciu nacji, najwięcej - Hanów. Wbijano mi tam do głowy, jak pierwszy cesarz zbudował wielki mur, ale nie wspomniano nawet, skąd wziął się pałac Potala, tradycyjna siedziba rządu Tybetu. Recytowałam wiersze z czasów dynastii Tang i Song, lecz nie uczono mnie pieśni Cangjanga Gjaco, wielkiego siedemnastowiecznego poety, który był szóstym Dalajlamą. Jak karabin maszynowy recytowałam imiona męczenników Republiki Ludowej, a nie wiedziałam nic o Tybetańczykach, którzy zginęli w powstaniu przeciwko chińskiej okupacji w 1959 roku.

 

Mimo prania mózgu nigdy nie zapomniałam rodzinnej Lhasy. I wróciłam do niej dwa lata po studiach jako redaktorka chińskojęzycznego magazynu literackiego.

 

Miasto nie przypominało miejsca z moich dziecięcych wspomnień, barwionych sepią starych zdjęć ojca. Pełno w nim było uzbrojonych żołnierzy w pancernych samochodach, polujących na Tybetańczyków, którzy mogli uczestniczyć w ulicznych protestach przeciwko chińskim rządom. Ledwie rok wcześniej demonstracja mnichów, mniszek i świeckich w trzydziestą rocznicę powstania z marca 1959 roku skończyła się ogłoszeniem stanu wojennego. (Od zamieszek w 2008 roku Pekin nazywa zaprowadzenie chińskojęzycznej edukacji „głównym celem politycznym" w Tybecie. Chińscy aparatczycy zwalczają więc kształcenie w naszym języku w imię „harmonii" i stabilności społecznej.)

 

Wróciłam też do domu jako zupełnie inna osoba. Złamawszy tabu zajęczego mięsa i przyswoiwszy inne chińskie zwyczaje, musiałam wyglądać na grzesznicę. Ludzie uznawali, że chiński jest moim pierwszym językiem, a ja ze wszystkich sił starałam się walczyć z robionym przez siebie wrażeniem. W końcu narzucono mi go jako drugi, nim się zorientowałam.

 

Czułam przerażenie, z trudem klecąc pełne zdania w klasycznym tybetańskim. Z mojego języka spływał mandaryński przyprawiony akcentem syczuańskim.

 

Walcząc o odzyskanie tybetańskiego dziedzictwa, stałam się książkową i gazetową kronikarką ostatniego półwiecza dziejów ojczyzny. Pisząc o mojej kulturze, odnalazłam własny głos - i literacki, i polityczny. Doskonalę też zdaję sobie sprawę z ironii pisania w imieniu Tybetańczyków po chińsku.

 

 

 

15 sierpnia 2014

 

 

 

osermojechinskiewyksztalcenieilustracjajehteh_400
 

 

 

 


 

 

 

 


Home Aktualności Raporty Teksty Archiwum Linki Pomoc Galeria