Teksty. Z perspektywy świata

wersja do druku

Share

Tortury w tybetańskich więzieniach i aresztach

Jane Caple

Wprowadzenie

W artykule tym postaramy się określić zasięg stosowania tortur w więzieniach i aresztach Tybetu. Omówimy też metody i okoliczności zadawania tortur, rodzaje ich ofiar oraz procedury, które mają zapobiegać nieludzkiemu traktowaniu. Wydaje się, że stosowanie tortur jest w Tybecie nadal na porządku dziennym, choć rząd Chin utrzymuje, że są one nielegalne i że surowo karze wszystkich, którzy się ich dopuszczają.

Z uwagi na sytuację polityczną w Tybecie, a co za tym idzie trudności w dostępie do informacji, nie da się systematycznie monitorować losów indywidualnych więźniów. Większość relacji z pierwszej ręki dotyczy wydarzeń, które miały miejsce przed rokiem lub dwoma laty, gdyż z reguły taki właśnie okres dzieli zwolnienie z więzienia i ucieczkę z Tybetu. Bardzo trudno więc określić zasięg i charakter tortur w Tybecie lub dokładnie oszacować liczbę ich ofiar.

Postaramy się tu, na podstawie dostępnych informacji, naszkicować ogólny schemat takich przypadków. Omówimy też pokrótce obecną sytuację w Tybecie.

Najbardziej szczegółowy w ostatnich latach opis tortur pochodzi od młodego mnicha imieniem Bagdro, który został aresztowany w kwietniu 1988 roku po jednej z demonstracji w Lhasie. Spędził w więzieniu trzy lata, a potem uciekł do Indii. Z relacji Bagdro wyłania się obraz procedur w areszcie śledczym, podczas procesu i odbywania kary. Dwudziestoletni Bagdro został oskarżony o współudział w zabójstwie chińskiego policjanta. Po zatrzymaniu był przez 31 dni brutalnie torturowany, dopóki nie przyznał się do uderzenia ofiary stalowym prętem.

Tortury, którym go poddawano, obejmowały: rażenie elektrycznymi pałkami najwrażliwszych części ciała, m.in. ust; wieszanie za wykręcone ramiona; zmuszanie do stania, z wyciągniętymi przed siebie rękoma, przez trzy doby bez przerwy; głodzenie oraz tzw. “brodę na krześle”, którą uważa za najgorszą z tortur.

“Każą ci stanąć na czworakach i położyć brodę na krześle. Miałem skute ręce i nie mogłem się odpowiednio ułożyć. Wtedy deptali mi po palcach. Było to strasznie bolesne, a przy tym myślałem, że pęknie mi kark. Pamiętam, że wołałem mamę. Potem szturchali mnie elektryczną pałką. Pod uszami. Bili w głowę i nerki. Ale nie razili prądem genitaliów i odbytu. Zerwali ze mnie koszulę i kopali po plecach. Mieli podkute buty. (...) Taka sesja trwała przez cały dzień”.

Dla Bagdro to połączenie wyginania, bicia i rażenia prądem było najgorszym doświadczeniem. “Ta sesja i pozycja, jaką musiałem przybrać, były nie do zniesienia. Błagałem ich, żeby mnie zabili. Trzykrotnie. Mówiłem, że nie ma nic, co mógłbym im powiedzieć. Przez cały dzień nie dali mi nic do jedzenia. I ani kropli wody. W końcu zacząłem wymiotować krwią. Dwa razy traciłem przytomność i dwa razy cucili mnie wodą. Przesłuchiwali mnie tak do zmierzchu”.

Bagdro przebywał w areszcie do stycznia 1989 roku (dziewięć miesięcy), nim sprawa trafiła do sądu. Utrzymuje, iż sędziowie doskonale wiedzieli, że i on, i inni podsądni byli torturowani, by wydobyć od nich zeznania. Na sali sądowej żołnierze – fizycznie – uciszali oskarżonych, gdy próbowali oni mówić o torturach, a następnie brutalnie ich pobili. Po ogłoszeniu wyroku Bagdro został przewieziony do Drapczi, gdzie nadal był bity i torturowany. Pewnego razu, na przykład, wszystkich tybetańskich więźniów zmuszono do oddania krwi. Relacja Bagdro jest najbardziej szczegółowym świadectwem stosowania tortur, jakie TIN otrzymał w ciągu ostatnich dziesięciu lat.

1993-99

Z relacji uchodźców i doniesień z Tybetu wynika, że najpowszechniej stosowane tortury – to bicie i rażenie elektrycznymi pałkami. Coraz częściej, zwłaszcza w śledztwie, wybiera się jednak takie metody, które nie pozostawiają śladów na ciele ofiary – zmuszanie do stanie bez ruchu, groźby, wystawienie na skrajne temperatury. Na porządku dziennym jest również zamykanie więźniów w karcerach. Z wielu relacji wynika, że długotrwałe przebywanie w izolatkach odbija się na zdrowiu psychicznym i wzroku więźniów.

Więźniowie polityczni traktowani są ze szczególną brutalnością, gdyż ich sprzeciwy i odmowa poddania się resocjalizacji stanowią największe zagrożenia dla władz. Do więzień trafiają osoby podejrzewane o organizowanie lub uczestniczenie w protestach, odmawiające krytykowania Dalajlamy, wznoszące hasła niepodległościowe itp. Areszt i więzienie czekają również tych, którzy próbują przekazywać informacje za granicę lub uciec z Tybetu. To właśnie od nich wiemy najwięcej o torturach i maltretowaniu w instytucjach izolacyjnych tego rodzaju.

Przed formalnym “aresztowaniem” większość Tybetańczyków poddaje się intensywnemu “śledztwu”, którego celem jest wydobycie przydatnych podczas procesu zeznań i informacji o innych dysydentach. Chiński slogan: “Jeżeli przyznasz się do winy, zostaniesz potraktowany łagodnie, jeśli nie, kara będzie surowa”, obowiązujący w czasach rewolucji kulturalnej i używany do dzisiaj, najlepiej pokazuje, jakiej presji poddawani są więźniowie i co oznacza odmowa złożenia zeznań. Choć zlikwidowano przepisy o “ochronie i śledztwie”, nowy kodeks postępowania karnego pozwala na 44-dniowe zatrzymanie podejrzanego przed formalnym aresztowaniem. Oznacza to, że podejrzani, wobec których prowadzi się dochodzenie w aresztach śledczych takich jak lhaska Guca, często narażeni są na bardziej okrutne tortury, niż skazani w więzieniach.

W październiku 1996 roku znaleziono w publicznym szalecie w Lhasie 25-letniego artystę imieniem Jungdrug. Był w stanie głębokiego szoku. Wszystko wskazuje na to, że spędził 58 dni w areszcie Guca. Po zwolnieniu nie poznawał przyjaciół i nie wiedział, gdzie mieszka. Zatrzymano go za malowanie portretów Dalajlamy.

Badza Thrinlej, 30-letni mnich z klasztoru Labrang w Amdo (wschodni Tybet, włączony do chińskich prowincji Qinghai i Gansu) został aresztowany w 1993 roku za działalność niepodległościową. Zwolniono go, gdy zgodził się donosić. Przez rok nachodziła go policja. W lipcu 1994 zatrzymano go ponownie, przewieziono do aresztu śledczego i torturowano, by wymusić zeznania. Jego relacja daje pojęcie o różnych technikach tortur:

“Tortury zaczynały się codziennie o ósmej rano i kończyły o dziewiątej wieczorem. Robili ze mną wszystko. Zakuwali ręce na plecach i wciskali w usta pałkę elektryczną. Wkładali między nogi drewniane kloce i kazali godzinami klęczeć. Przez cały dzień otrzymywałem też niezliczoną ilość razów i kopniaków. W jedenastym miesiącu naszego kalendarza, najmroźniejszym w Amdo, kazali mi rozebrać się do naga i polewali wodą z wiader, dopóki nie straciłem przytomności. Potem robili mi taką kąpiel codziennie przed wschodem słońca. Bili przy tym cienkimi bambusowymi prętami. Po pewnym czasie miałem skórę jak zdechła kura, to znaczy zupełnie niebieską z takimi białymi plamami. Kiedy od tej lodowatej wody uginały się już pode mną nogi, prowadzili mnie przed rozgrzane do czerwoności palenisko. Trwało to jakieś 15 dni. Bardzo źle karmili. Dostawałem dwa kubki czarnej herbaty i jakieś resztki. Pamiętam, że byłem bardzo szczęśliwy, gdy znalazłem w misce ziarno fasoli”.

Po czterech miesiącach “systematycznych” tortur przeniesiono go do innego aresztu, gdzie przez 14 dni nie dano mu spać. Proces odbył się po dwóch latach i trzech miesiącach. Skazano go na dwa lata i siedem miesięcy więzienia. Większą część zasądzonej kary spędził więc w areszcie. Zwolniono go po czterech miesiącach, 27 stycznia 1997. Rok później uciekł do Indii.

Tortury stosuje się rutynowo do wydobywania informacji i zeznań. Są one również karą za każdy sprzeciw, “brak współpracy” lub złamanie regulaminu w więzieniach i obozach pracy. Lobsang Szakja, mnich z Taszilhunpo, który spędził w areszcie ponad dwa miesiące pod koniec 1995 roku, zeznał, że był kopany i wieszany głową w dół za odmowę wyrzeczenia się Dalajlamy. W tym samym roku 34-letni Ngałang Pekar, mnich z Drepungu, trafił na cztery miesiące do karceru i otrzymał dodatkowy wyrok sześciu lat więzienia za sporządzenie listy więźniów Drapczi, którą zamierzał przekazać za mury.

Protesty w więzieniu Drapczi

Protesty, do których doszło w “Więzieniu nr 1 TRA” 1 i 4 maja 1998 roku, świadczą o ogromnej determinacji więźniów politycznych i kryminalnych, podejmujących działania polityczne mimo oczywistych konsekwencji – tortur, wyższych wyroków, a nawet śmierci. Udział w protestach, w takich okolicznościach, wskazuje również na rozpaczliwość sytuacji więźniów, którzy wiedzą, że nie będą wolni nawet po zwolnieniu. Mnisi i mniszki nie dostaną zezwoleń na powrót do swych klasztorów, świeckich czeka śledzenie i nagabywanie przez policję.

Z raportów otrzymywanych przez TIN wynika, że więźniowie Drapczi wiedzieli o zbliżającej się wizycie delegacji Unii Europejskiej. 1 maja, gdy w ramach przygotowań do wizyty władze zorganizowały uroczystą ceremonię wciągania flagi na maszt, więźniowie kryminalni i polityczni zaczęli wznosić okrzyki niepodległościowe i wyrażać poparcie dla Dalajlamy. Wszyscy uczestnicy zostali brutalnie pobici przez strażników. 4 maja, podczas mniejszego wiecu, więźniowie znów zaczęli wznosić okrzyki. Tym razem ponieśli znacznie surowsze konsekwencje. Bicie i tortury przypłaciło życiem co najmniej pięć mniszek i trzech mnichów. “Trójka” UE, która złożyła wizytę w Drapczi 4 maja, nie miała pojęcia o protestach i zgonach więźniów. Dowiedziała się o tym znacznie później od TIN.

Majowe protesty zakwestionowały sens wizyt zagranicznych delegacji w więzieniach Tybetu. We wrześniu 1998 roku pani Mary Robinson, Wysoki Komisarz ONZ ds. Praw Człowieka, podjęła bezprecedensową decyzję i, powodowana troską o bezpieczeństwo więźniów, postanowiła nie odwiedzać Drapczi.

Po zajściach w Drapczi szczególnie brutalnie ukarano mnichów i mniszki, których uznano zapewne za “prowodyrów”. Od końca lat 80. odgrywają oni szczególną rolę w ruchu niepodległościowym, stając na czele większości protestów w więzieniach i za ich murami. Duchowni – którzy widzą w sobie “obrońców wiary” (pojęcie ściśle związane z tybetańskim nacjonalizmem) i nie muszą opiekować się dziećmi i współmałżonkami – wzięli na siebie odpowiedzialność za prowadzenie działalności politycznej.

Ngałang Sangdrol, 22-letnia mniszka z klasztoru Garu, stanowi doskonały przykład skazanego, który próbuje opierać się władzom nawet w więzieniu, choć płaci za to straszliwą cenę. Po raz pierwszy aresztowano ją w 1992 roku i skazano na trzy lata więzienia za udział w demonstracji niepodległościowej. W czerwcu 1993 roku wraz z trzynastoma innymi mniszkami nagrała na taśmę patriotyczne pieśni. Jej wyrok podniesiono za to o sześć lat. W lipcu 1996 roku ukarano ją ponownie – za wznoszenie okrzyków, odmowę posłania pryczy i siedzenie, gdy do celi weszła strażniczka – zwiększając wyrok o dziewięć lat. Wyrok Ngałang Sangdrol opiewa obecnie na 18 lat więzienia. W tej chwili, jak wynika z doniesień z Tybetu, pobita za udział w protestach, jest w bardzo ciężkim stanie.

TIN otrzymał wiarygodne doniesienia, że dwie inne mniszki z Drapczi, Nima i Dzamdron, spędziły w karcerach po osiemnaście miesięcy. Była to kara za śpiewanie niepodległościowej pieśni, gdy inni więźniowie, na polecenie władz, śpiewali hymn pochwalny do Mao. Incydent miał miejsce podczas obchodów Nowego Roku kalendarza tybetańskiego, 8-10 lutego 1997. Inne raporty mówią, że pozostaną one w karcerach mimo podniesienia wyroków. Nima powinna wyjść na wolność w 1999, a Dzamdron w 2002 roku. Jak widać, władze nie tolerują żadnych zachowań, które wydają się im politycznie niebezpieczne.

W więziennych protestach uczestniczą głównie więźniowie polityczni, choć w majowych incydentach w Drapczi brali również udział kryminaliści. Silna więź między więźniami politycznymi i kryminalnymi – o której mówią wszystkie raporty – musi budzić niepokój chińskich władz, tradycyjnie rozdzielających te grupy, by kryminaliści nie “zarazili” się polityką od więźniów sumienia. (W Drapczi więźniowie polityczni trafiają na “oddział piąty”, więźniarki – na “trzeci”.) Zapewne dlatego szczególnie brutalnie potraktowano więźniów kryminalnych, którzy wystąpili wspólnie z politycznymi. Tych ostatnich zaś natychmiast odizolowano i poddano długotrwałym przesłuchaniom. “Zajścia w Drapczi pokazują, że sprawa wolności naszego kraju jednoczy wszystkich tybetańskich więźniów”, powiedział anonimowy informator TIN z Tybetu.

W październiku 1997 roku więzień kryminalny Sonam Cełang zaprotestował w obecności oficjalnej delegacji Grupy Roboczej ONZ ds. Arbitralnych Uwięzień. Kiedy delegaci weszli do jego celi, skazany za gwałt Cełang wykrzyknął: “Niej żyje Dalajlama”. Został za to pobity i wtrącony do karceru.

W 1995 roku podniesiono o sześć lat wyrok Lodro Gjaco (skazanego pierwotnie na 15 lat za zabójstwo) za rozdawanie ulotek niepodległościowych.

Śmierć na skutek tortur

Od 1987 roku ponad 12 Tybetańczyków zmarło wkrótce po opuszczeniu więzienia. Uważa się, że ich zgony są skutkiem tortur i nieludzkiego traktowania. 22-letni mnich Jesze Samten zmarł 12 maja 1998 w sześć dni po zwolnieniu z więzienia. Aresztowano go za udział w proteście przeciwko zakazowi posiadania zdjęć Dalajlamy, do którego doszło w klasztorze Ganden 6 maja 1996, i skazano na dwa lata więzienia. W lipcu 1996 roku został przeniesiony z aresztu Guca do więzienia Trisam. Na wolność wyszedł 6 maja 1998. O kulach, z połamanymi żebrami.

Wielu skazanych umiera, jak po majowych zajściach w Drapczi, w więzieniach. Od początku 1996 roku TIN otrzymał informacje o śmierci co najmniej trzech mnichów. 19-letni Sangje Tenphel, brutalnie pobity przez strażników, zmarł w Drapczi 6 maja 1996. 5 lipca 1996 – również w Drapczi, maltretowany i głodzony 49-letni Kelsang Thutop z Drepungu. 14 września 1998 w więzieniu okręgowym zmarł Tenczog Tenphel z klasztoru Sakja. Aresztowano go dwa tygodnie wcześniej podczas sesji “reedukacji patriotycznej” w świątyni. Policja twierdzi, że Tenczog odebrał sobie życie, ale ciało poddano kremacji, nie przeprowadzając sekcji.

Kiedy umiera więzień polityczny, władze z reguły twierdzą, że popełnił samobójstwo lub cierpiał na poważną chorobę, która nie miała żadnego związku z pobytem w zakładzie penitencjarnym. Zwykle też ciała zmarłych kremowane są przed przeprowadzeniem autopsji. Istnieją dowody na to, że urzędnicy zmuszają krewnych do podpisywania dokumentów, potwierdzających wersję o samobójstwie. Stanowi to naruszenie przepisów ChRL, które dają krewnym więźnia prawo do kwestionowania wyników sekcji. Ilekroć świat próbował dowiedzieć się czegoś o śmierci tybetańskiego więźnia, władze oficjalnie zaprzeczały albo istnieniu takiej osoby, albo jej śmierci. Ministerstwo Religii ChRL nazwało raport o śmierci Jesze Samtena “czystą bzdurą” i “oszczerstwem”.

Z napływających z Tybetu informacji wynika, że władze utrzymują, iż mniszki, które zginęły po majowych protestach w Drapczi, odebrały sobie życie. Niemniej na arenie międzynarodowej przedstawiają zupełnie inne stanowisko. Kiedy podczas oficjalnej wizyty w Tybecie (wrzesień 1998) delegacja polityków Europejskiej Unii Demokratycznej przedstawiła listę Tybetańczyków zabitych po majowych protestach, lhaski Departament Sprawiedliwości wyjaśnił, że w więzieniu doszło do niepokojów, ale nie było zabitych ani rannych. To tylko jeden z licznych dowodów na to, że zachodnie rządy nie otrzymują od chińskich władz pełnych informacji o sytuacji w Tybecie.

Zmiany prawne

“W chińskich więzieniach tortury są zakazane. Władze, zgodnie z prawem, dbają o więźniów i traktują ich humanitarnie”, oświadczył Ma Yuzhen, ambasador ChRL w Wielkiej Brytanii.

W ciągu ostatnich dziesięciu lat zacieśniły się stosunki między rządem ChRL a państwami zachodnimi. Chiny otworzyły się gospodarczo na Zachód. Świat domagał się od nich przeprowadzenia reform politycznych – w tym dostosowania przepisów wewnętrznych do międzynarodowych standardów praw człowieka. W 1988 roku Chiny ratyfikowały Konwencję przeciwko Torturom oraz Innemu Okrutnemu, Nieludzkiemu lub Poniżającemu Traktowaniu lub Karaniu. 5 października 1998 Chiny podpisały Międzynarodowy Pakt Praw Obywatelskich i Politycznych, który w artykule 7 stanowi, że “Nikt nie będzie poddawany torturom lub okrutnemu, nieludzkiemu albo poniżającemu traktowaniu lub karaniu”. W ostatnich latach nowelizowano również przepisy wewnętrzne, między innymi Ustawę o odszkodowaniach państwowych (1994), Ustawę o więzieniach (1994) oraz Ustawę kodeks postępowania karnego (1997).

Artykuł 14 Ustawy o więzieniach zakazuje: wymuszania zeznań przy pomocy tortur, kar cielesnych lub maltretowania; poniżania więźniów; bicia więźniów lub nieinterweniowania, gdy robią to inni.

Jednak z lektury kodeksu karnego wynika, że nie wszystkie wymienione czyny są przestępstwami. Znowelizowany kodeks karny, podobnie zresztą jak stary, penalizuje wymuszanie zeznań torturami przez przedstawicieli władzy sądowniczej (art. 247). Nowy artykuł (248) dotyczy fizycznego znęcania się nad więźniami przez funkcjonariuszy więziennictwa. Niemniej prawo mówi tu wyraźnie tylko o przypadkach “poważnych”, nie wyjaśniając, co kryje się za tym terminem.

Poza zmianami w ustawodawstwie i podpisywaniem umów międzynarodowych, rząd Chin wykonał też kilka gestów, mających świadczyć o wprowadzaniu owych przepisów w życie. Aresztowano funkcjonariuszy służby bezpieczeństwa za nadużywanie władzy; zapadały nawet wyroki śmierci. I tak, na przykład, w marcu 1995 roku skazano na śmierć pięciu funkcjonariuszy Biura Bezpieczeństwa Publicznego, w tym byłego zastępcę komendanta BBP w Changzi (prowincja Shanxi), za stosowanie tortur podczas przesłuchań. W lipcu 1998 hongkoński dziennik Ming Pao informował o zwolnieniu około 50 tys. funkcjonariuszy służb bezpieczeństwa publicznego za, między innymi, wymuszanie zeznań i nadużywanie władzy.

Nie wiadomo, by jakikolwiek funkcjonariusz został skazany na śmierć za nadużywanie władzy lub stosowanie tortur w Tybecie, niemniej znany jest przypadek policjanta, który stanął przed sądem. W kwietniu 1996 chińskie media informowały o procesie Czundaga, komendanta policji w okręgu Kirong w południowym Tybecie, oskarżonego o torturowanie Tybetanki. Z doniesień tych wynikało, że oskarżonemu pomagało dwóch innych policjantów, a wszyscy działali na polecenie lokalnego prokuratora. Podsądnemu udowodniono również bezprawne zatrzymanie czterech urzędników na 87 godzin. Nie wiadomo, czy współwinni stanęli przed sądem. Sam Czundag dostał wyrok w zawieszeniu.

W lipcu 1998 roku lhaska telewizja informowała, że regionalny departament bezpieczeństwa publicznego zwraca się do obywateli z prośbą o “kontrolowanie” i informowanie o wszystkich przypadkach “gwałcenia procedur prawnych, nadużywania władzy, wymuszania zeznań lub bezprawnego ograniczania wolności osobistej” przez organy bezpieczeństwa publicznego, funkcjonariuszy BBP lub Ludowej Policji Zbrojnej. Aby to umożliwić, BBP utworzyło specjalną “gorącą linię telefoniczną”. Komendant wyznaczył też “dzień otwarty” – raz na miesiąc można przedstawić mu osobiście każdą sprawę. Trudno jednak sądzić, by więźniowie mogli korzystać z telefonów, o odwiedzinach w siedzibie BBP nie wspominając. Osoby poddawane torturom i maltretowane są też zapewne zbyt przerażone, by próbować korzystać z tych możliwości. Niemniej mogą z nich korzystać krewni bitych i torturowanych. Tak czy owak, władze starają się budować fasadę praworządności.

Jak pokazaliśmy wcześniej, nowe procedury nie zapobiegają jednak stosowaniu tortur. Między nowelizowanym prawem a jego stosowaniem jest głęboka przepaść. Nic też nie wskazuje na to, by próbowano wprowadzać w życie traktaty międzynarodowe, które podpisały Chiny.

Reakcje Zachodu

W marcu 1998 roku Unia Europejska postanowiła nie wnosić ani nie popierać rezolucji przeciwko Chinom na forum Komisji Praw Człowieka ONZ w Genewie. Wystosowano oświadczenie, w którym wzywano do tego prezydencję i państwa członkowskie, w związku z “pierwszymi zachęcającymi rezultatami dwustronnych rozmów na temat praw człowieka”. W ciągu ostatnich siedmiu lat Tybet odwiedziło ponad 65 oficjalnych delegacji z Austrii, Niemiec, Włoch, Nepalu, Japonii itd. Wielu obserwatorów uważa jednak, że Chiny wykorzystują te wizyty propagandowo, prześladując jednocześnie dysydentów i uparcie stosując praktyki, które kłócą się z międzynarodowymi standardami praw człowieka i praworządności.

Wydaje się, że w ramach “dwustronnego dialogu”, Zachód jest skłonny chwalić rząd Chin za każdy gest w sferze praw człowieka, zmianę ustawy czy zawarcie traktatu, choć zaraz po podpisaniu Międzynarodowego Paktu Praw Obywatelskich i Politycznych władze chińskie wydały następujące oświadczenie: “Ponieważ Chiny nie uczestniczyły w pracach nad Paktem a ich sytuacja wewnętrzna różni się od sytuacji w innych państwach, rząd Chin zastanowi się, jak wdrożyć i jak dostosować postanowienia Konwencji do istniejących przepisów wewnętrznych. Nad kwestiami tymi zastanawiać się będzie również społeczeństwo”.

Wygląda więc na to, że Chiny zamierzają zmieniać raczej Pakt, niż własne ustawodawstwo. Postawi to pod znakiem zapytania międzynarodowy i powszechny charakter takich dokumentów i gwarantowanych przez nie praw.

Przywódcy tacy jak Tony Blair czy Jacques Santer gratulowali ostatnio Chinom postępów w dziedzinie praw człowieka. Nie ma jednak dowodów na jakiekolwiek postępy w Tybecie. Co więcej, wiele wskazuje na to, że władze prowadzą tu politykę coraz cięższej ręki. Śmierć jedenastu co najmniej więźniów po majowych protestach w Drapczi wskazuje, że władze chińskie za nic mają dociekliwość Zachodu. Zachodnie rządy niechętnie kierują się raportami organizacji takich jak TIN, a Chiny nie ponoszą żadnej odpowiedzialności za prześladowanie dysydentów czy stosowanie tortur. Milczenie Zachodu wobec wydarzeń takich jak protesty w Drapczi stanowi sygnał dla chińskiego rządu, że może robić swoje – tak długo, jak długo prowadzi dialog z Zachodem i poprawia swój wizerunek na arenie międzynarodowej, idąc na ustępstwa sprowadzające się do nowelizacji ustawy czy podpisania traktatu. Rząd Chin rozprawia o różnicach między zachodnią (indywidualistyczną) i azjatycką (komunalną) koncepcją praw człowieka. Chiny powtarzają, że największe znaczenie ma dla nich prawo do życia, wolność od nędzy i stabilizacja społeczna, i niezmiennie utrzymują, że pewne kwestie związane z prawami człowieka są wewnętrzną sprawą poszczególnych państw. W dwa tygodnie po podpisaniu Międzynarodowego Paktu Praw Obywatelskich i Politycznych Chiny ogłosiły: “Choć kryteria praw człowieka mają, przynajmniej w zasadzie, znaczenie powszechne, poszczególne państwa, z uwagi na głębokie różnice w historii, kulturze, systemie społecznym czy rozwoju gospodarczym, inaczej rozkładają akcenty i w inny sposób realizują powiązane [z nimi] cele. Niezbitym faktem jest to, że tylko rząd i naród upoważnieni są do wypowiadania się na temat sytuacji w dziedzinie praw człowieka w ich kraju”.

Podsumowanie

Choć może się wydawać, że Chiny dokonały wystarczających zmian, by położyć kres praktyce, akceptowanej praktyce, stosowania tortur, w Tybecie prawa człowieka wciąż są powszechnie gwałcone. Nadal też stosuje się tu tortury. Nie ma środków, które pozwoliłyby zapobiec nadużywaniu władzy przez służby bezpieczeństwa, a najwyższe szczeble hierarchii państwowej zdają się przymykać oczy na stosowanie tortur.

TORTURE: Torture in Tibet 1949-1999, Medical aspects, consequences, and treatment approaches, Supplementum No. 1, 1999


Home Aktualności Raporty Teksty Archiwum Linki Pomoc Galeria