Teksty. Z perspektywy Tybetańczyków

wersja do druku

Share

Dziennik tybetańskich protestów (2)

Oser

 

21 czerwca 2008

Sobota. Lhasę nawiedził znicz.

 

Ulice pełne paramilitarnych w mundurach i cywilu. Chowają się nawet po publicznych toaletach. Przy okazji mamy piątą przebierankę od marca: tym razem w tradycyjne stroje tybetańskie (wcześniej nosili, kolejno, mundury Armii Ludowo-Wyzwoleńczej, Ludowej Policji Zbrojnej, zwykłej policji i wreszcie wdzianka turystyczne).

 

Wczoraj po południu zaczęli potajemnie ściągać posiłki. Dziś każdego skrzyżowania strzegą uzbrojeni żołnierze. Tybetańczykom nie wolno wychodzić na ulice bez specjalnego zezwolenia. Mnichów i mniszki zamknięto w klasztorach. Ciekawe, że w chińskich miastach do udziału w tym spektaklu zapraszano tłumy. Wyjątek zrobiono tylko dla Ujgurów i Tybetańczyków, którym zabroniono nawet patrzeć. Jesteśmy, u diabła, obywatelami tego kraju, czy nie?

 

Podsłuchują każdą rozmowę telefoniczną i śledzą każde kliknięcie w internecie. Większość sklepów jest zamknięta. Więcej powiedzieć nie mogę.

 

Atmosfera święta? Nie - wojny. Lhasa przypomina Bagdad.

 

W mieście nagle załamała się pogoda i zaczęło padać. Ciekawe, co przyniesie jutro.

 

 

 

15 czerwca 2008

Trzy miesiące po „incydencie 14 marca" przejechaliśmy samochodem przez tybetańskie prefektury Deczen w Yunnanie, Kardze i Ngaba w Sichuanie, Golog w Qinghai oraz Kanlho w Gansu - czyli regiony tradycyjnych prowincji Kham i Amdo. Bywałam tam wcześniej, miałam więc co porównywać.

 

Na ulicach miast i miasteczek wszechobecnych mnichów i pielgrzymów zastąpiły zwarte formacje bojowe. Tybet przeżywa oblężenie. Wszędzie pełno zamaskowanych ludzi z bronią. Noszą mundury Ludowej Policji Zbrojnej, część nie ma jednak żadnych dystynkcji, więc podejrzewam, że to żołnierze Armii Ludowo-Wyzwoleńczej przebrani za paramilitarnych. Strzegą budynków rządowych i posterunków obłożonych workami z piaskiem. Reszta ukrywa się w hotelach, bazach, zakładach pracy. Słynne klasztory - na przykład Kirti w Ngabie - otoczone są ciasnymi kordonami. Mnisi wchodzą i wychodzą po okazaniu przepustek ze zdjęciem. Nie mam pojęcia, ile ściągnęli tam wojska, ale widziałam dwie dwudziestoosobowe kolumny ruszające na patrol spod świątyni. W zasięgu wzroku miałam ponadto kilkudziesięciu uzbrojonych funkcjonariuszy, sprawdzających papiery i pilnujących budynków. Wszystko to przed bramą jedynego klasztoru. Inne są puste lub otoczone podobnymi kordonami. Dla duchownych oznacza to osadzenie w areszcie domowym. Wiem z wiarygodnego źródła, że po 14 marca rzucili do Tybetu kilkadziesiąt tysięcy żołnierzy. Mniejsze siły pacyfikowały narodowe powstanie w 1959 roku.

 

Pisząc te słowa w Czigdril w Gologu, słyszę wrzaski żołnierzy patrolujących ulice. Krzyczą tak głośno, że nie pomaga nawet zamknięcie okien. I nie idzie tu o żadną musztrę, tylko o zastraszenie Tybetańczyków. W jednym z okręgów Kardze odważył się z nami spotkać stary znajomy. Kiedy jednak zapytaliśmy o sytuację, bał się tak, że nie zdołał wykrztusić słowa.

 

Klasztor Se w Ngabie jest martwy. Nawy i cele mnichów zamknięte na cztery spusty. Napotkany sędziwy duchowny zdążył zdać nam relację przed pojawieniem się tajniaka. W mieście zabito 29 osób, jedną tuż przy klasztorze, dwóch mnichów z Kirti i jeden z Gomangu popełniło samobójstwa. Większość duchownych opuściła klasztory i wróciła do domów. Zostali tylko odźwierni. Później spotkałam nastolatka z Ngaby, który szepnął, że przed kilkoma dniami aresztowano ponad stu mnichów z Se.

 

Choć udawaliśmy turystów, arogancki urzędas odmówił nam zgody na zwiedzenie klasztoru Kirti. W Ngabie do samochodu podbiegła nagle staruszka, wsadziła głowę przez okno i powiedziała, że w jej okręgu uwięzili ponad 4000 osób. Większość zwolniono, ale tysiąc wciąż siedzi. Jej brata aresztowali, bo krzyczał, że Dalajlama musi wrócić do Tybetu. Od trzech miesięcy nie może się dowiedzieć, gdzie go trzymają. Powiedziała też, że zamykają i karzą grzywnami (tysiąc yuanów) za noszenie medalików z Dalajlamą.

 

Właściwie wszędzie jesteśmy śledzeni. Na twarzach wszystkich policjantów i żołnierzy maluje się wrogość. Kiedy patrzyłam na palce na spustach, miałam pewność, że są gotowi zabić. Każdego, w każdej chwili. Jak można było uruchomić taką machinę wojenną przeciwko bezbronnym Tybetańczykom? Zmienili ten piękny kraj, mój kraj, w wielkie więzienie.

 

 

28 maja 2008

Ostrzeżenie: Drodzy przyjaciele, jakiś czas temu skontaktował ze mną ktoś, komu zależy na szpiegowaniu mnie i moich znajomych. Podawał - albo podawała - się za Tybetańczyka zza granicy, przedstawiciela rządu emigracyjnego, osobę mającą do przekazania ważne dokumenty itd. Wygląda na to, że ukradł listę moich kontaktów na Skypie. Kiedy rozesłałam ostrzeżenie przyjaciołom, wczoraj późnym wieczorem ktoś przejął moje konto. Zmieniono hasło, nie mogę się więc zalogować. Z tego co mi wiadomo, złodziej zaczął się kontaktować z ludźmi z mojej książki adresowej. Stawia to ich i mnie w bardzo niebezpiecznym położeniu. Proszę, potraktujcie to ostrzeżenie bardzo poważnie. Usuńcie ze swojej listy kontaktów albo zablokujcie „Degawę" i powiedzcie to wszystkim znajomym, którzy mogą chcieć mi coś przekazać.

 

Jeśli otrzymacie ode „mnie" jakąś wiadomość pod nowym imieniem, proszę zacznijcie od rozmowy (rodacy - po tybetańsku), żeby potwierdzić „moją" tożsamość. Jeśli druga strona nie zechce z wami mówić, to znaczy, że nie rozmawiacie ze mną. Nie dajcie się też złapać w podobną pułapkę, i raczej rozmawiajcie, nie piszcie, korzystając z komunikatorów. Oser, o świcie z Pekinu.

 

[Tego samego dnia bloga Oser zaatakował „Sojusz czerwonych chińskich hakerów". Pod chińską flagą umieścili zdjęcie autorki z podpisem: „Zapamiętajcie obrzydliwy ryj rzeczniczki niepodległości Tybetu. Jeśli zobaczycie gdzieś tę sukę, dobrze ją ode mnie skopcie".]

 

 

22 maja 2008

Słyszymy, że po protestach w Lhasie aresztowano też Tybetańczyków w Khamie, w Tybetańskiej Prefekturze Autonomicznej Deczen prowincji Yunnan. Część już zwolniono. Mówi się, że próbowali wchodzić na zakazane strony internetowe, znali zbyt wielu cudzoziemców albo zostali sprzedani przez sąsiadów. Trzeba przyznać, że w porównaniu do innych regionów zatrzymanych traktowano tam znacznie lepiej. Powiadają, że opiekowali się nawet nimi tybetańscy strażnicy. Tymczasem nasze źródła z lhaskich organów służby bezpieczeństwa, prokuratury i sądów ludowych szepcą, że stołeczna policja otrzymała prosty rozkaz: „Bić, aż się przyznają".

 

O świcie 18 maja policjanci wtargnęli do siedziby Phurbu Ceringa Rinpocze w okręgu Kardze w Khamie. Aresztowali Rinpocze, który jest czwartym lamą klasztoru Kardze oraz opatem żeńskich zgromadzeń Pangri i Jaceg. Budował też domy starców, cieszy się wielkim autorytetem. Aresztowanie słynnego nauczyciela, które musi mieć związek z protestem ponad 60 mniszek z Pangri, wywołało powszechne oburzenie i gniew. Kilka godzin później tłum mnichów i świeckich protestował przed siedzibą władz okręgu Kardze, skandując „Niepodległość dla Tybetu", „Niech żyje Dalajlama". Zostali pobici przez paramilitarną Ludową Policję Zbrojną, która zatrzymała czterech duchownych: Dziampę Dordże Paldena, Dziamjanga Ceringa, Kungę Thinleja i Cełu Gelka.

 

W okręgu Dału prefektury Kardze na znak protestu przeciwko polityce władz od dwóch tygodni strajkują tybetańscy kierowcy ciężarówek. Dowiedzieliśmy się, że mają tam w sumie dwa tysiące wozów. Stoi kilkaset. Mnisi z lokalnych klasztorów zebrali pieniądze dla ludzi skatowanych przez policję w czasie niedawnych protestów. Dają im też khataki, tradycyjne białe szarfy. Najbardziej wpływowi duchowni ogłosili, że dwaj tybetańscy aparatczycy z grupy roboczej odpowiedzialnej za prowadzenie kampanii edukacji patriotycznej zostaną ukarani za swoją „nadgorliwość" kjidu lepere. Oznacza to, że żaden mnich ani wierny nie odprawi rytuału buddyjskiego w intencji tych ludzi i ich krewnych - nawet pogrzebu. Dla wierzących nie ma gorszej kary.

 

Zamknięty od 10 marca lhaski Dżokhang 16 maja otwarto dla zwiedzających. Odwiedzać można też klasztor Sera i świątynię Ramocze, ale Drepung i Ganden wciąż są zamknięte.

 

Władze Tybetańskiego Regionu Autonomicznego zapowiedziały, że zaczną przyjmować zagranicznych turystów w ostatniej dekadzie czerwca - czyli po przeniesieniu znicza olimpijskiego ulicami Lhasy. Nawet jeśli, wprowadzą wiele restrykcji, związanych z krajami pochodzenia i planowanymi trasami. Zgodzą się na grupy z Azji południowo-wschodniej, reszta pewnie nie będzie mile widziana. Według uczestników niedawnego rajdu samochodowego Lhasa jest wymarłym miastem kontrolowanym przez armię. Wszędzie pełno wojskowych pojazdów i ciężarówek z zasłoniętymi tablicami. Prawie w ogóle nie ma turystów. Hotele, w których płaciło się 600, 700 yuanów za noc, teraz biorą ledwie sto. W nowej przybudówce (jakieś sto metrów kwadratowych) lhaskiego dworca kolejowego kilkudziesięciu osiłków ze służb specjalnych kontroluje wszystkich kandydatów na pasażerów. Hanów traktują miło, ale Tybetańczykom przeszukują nawet włosy.

 

Wieczorem 19 maja lokalne stacje telewizyjne TRA przestały nagle mówić o trzęsieniu ziemi i po miesięcznej przerwie znów pokazały listy gończe. Nie idzie o nikogo nowego, tylko ludzi z listy najbardziej poszukiwanych, których nie udało się im jeszcze złapać. Polują na siedem osób, samych świeckich. Podwyższyli też nagrody: za poszukiwanego nr 1 dają 50 tysięcy yuanów, za resztę - numery 13, 18, 19, 45, 54 i 63 - po 20 tysięcy. Biuro Bezpieczeństwa Publicznego TRA opublikowało listę z nowym nagrodami 18 maja; pokazali już ją co najmniej dwa razy.

 

Spotkałam się z dwoma pekińskimi adwokatami. Choć ich nazwisk nie ma na liście 21 prawników, którzy wyrazili gotowość reprezentowania aresztowanych Tybetańczyków, kancelarię powiadomiono, że doroczna inspekcja zostanie opóźniona. Nie muszę mówić, co sądzą o polityce odpowiedzialności zbiorowej. Powiedzieli mi jednak, że wielu kolegów nie krytykuje rządu, który miesza się w sprawy trzeciej władzy, tylko 21 odważnych. Jak rozumiem, pracują oni dla dziesięciu kancelarii, a to znaczy, że bezprawne szykany odcisną się na życiu wielu ludzi.

 

Wszystkie projekty chińskich i zagranicznych organizacji pozarządowych hibernują, poddane totalnej kontroli. Kilka grup ogłosiło już, że nie będą zawierać nowych kontraktów. Amerykańska Trace Foundation 15 maja kategorycznie zdementowała oskarżenia chińskich mediów o udział w tybetańskiej „bordowej rewolucji".

 

Qin Dalin, zastępca gubernatora prefektury Ngaba, cytowany przez agencję Xinhua 18 maja, powiedział, że tybetańskie, koczownicze okręgi Ngaba, Dzoge, Kakhog i Dzamthang nie ucierpiały na skutek trzęsienia ziemi, ponieważ ochroniło je pasmo Longmen. W okręgach Lunggu, Li i Pingwu było jednak wiele tybetańskich ofiar. W mieście Sier runęły domy 300 Tybetańczyków. Sześć osób jest w bardzo ciężkim stanie, odkopano je dopiero po pięciu dniach.

 

Wiele tybetańskich klasztorów - między innymi umęczony Dżokhang - odprawia rytuały i zbiera pieniądze dla ofiar wielkiego trzęsienia ziemi. Alak Khasucang, sędziwy lama z klasztoru Rongłu brutalnie pobity przez paramilitarnych, dał 10 tysięcy yuanów. Mnisi tej świątyni zebrali 50 tysięcy i codziennie modlą się za ofiary.

 

Przed kilkoma dniami, udzielając wywiadu w Europie, Dalajlama po raz pierwszy przedstawił cztery warunki swego powrotu do ojczyzny. Po pierwsze, rząd Chin musi wpuścić do Tybetu zagranicznych dziennikarzy i dać im pełną swobodę działania, po drugie, władze mają umożliwić poszkodowanym korzystanie z opieki medycznej, po trzecie, należy bezzwłocznie zwolnić wszystkich więźniów politycznych trzymanych za kratami za udział w pokojowych protestach, gwarantując uczciwe, jawne procesy ludziom, którzy dopuścili się przestępstw kryminalnych, i wreszcie, podjąć poważne rozmowy w celu umożliwienia Tybetańczykom korzystania z podstawowych praw człowieka.

 

Odpowiedzi, za pośrednictwem agencji Xinhua, udzielił mu 20 maja Zhu Xiaoming, dyrektor podległego Departamentowi Pracy Frontu Jedności centrum badań tybetańskich: „Słowa i czyny Dalaja związane z incydentem 14 marca są kolejnym dowodem na to, że uparcie trzyma się on swoich poglądów politycznych, które stawiają go w opozycji do narodu chińskiego, w tym Tybetańczyków, oraz czynią zeń ochocze, lojalne narzędzie zachodnich sił antychińskich. Walka z separatyzmem trwa nadal. Musimy zdwoić czujność i nieugięcie strzec narodowej jedności, aby zdusić w zarodku każdą próbę podzielenia naszego kraju". Jak się tego słucha, trudno liczyć na przełom podczas zapowiadanych na czerwiec rozmów tybetańsko-chińskich.

 

 

16 maja 2008

Trzęsienie ziemi o sile 7,9 w skali Richtera z epicentrum w okręg Lunggu (po chińsku Wenchuan) Tybetańsko-Qiangowskiej Prefektury Autonomicznej Ngaba prowincji Sichuan objęło swoim zasięgiem połowę Chin i było odczuwalne nawet w sąsiednich państwach. Jest już 50 tysięcy ofiar. Miasta i wioski leżą w gruzach. Niemal w każdej rodzinie są zabici i zaginieni. Potworna katastrofa.

 

Lunggu oraz pobliskie okręgi Tasziling i Cenlha składają się na tybetański Gjarong z jego słynnymi klasztorami Łolung (bon) i Samten (njingma). W Lunggu, Rongtragu w Kardze, i Drugczu w Kanlho są tybetańskie ofiary.

 

Część zachodnich mediów podaje, że „po marcowych demonstracjach w Lhasie Wenchuan był niedawno areną zaciekłych protestów" oraz „konfliktów między tybetańską ludnością a lokalnymi władzami". Bzdura. Masowe wystąpienia - z towarzyszącą im jak cień brutalnością policji - mieliśmy w Ngabie, Kakhogu, Dzoge i Dzamthangu, tymczasem w Gjarongu panował spokój (poza kilkoma symbolicznymi protestami uczniów). Wiemy jednak, że wielu aresztowanych w Ngabie przewieziono do więzień w Lunggu i sąsiednich okręgach. Według chińskiej „Gazety Prawnej" zginęło tam „kilku kryminalistów i funkcjonariuszy. Wiele budynków jest uszkodzonych".

 

Dalajlama przesłał kondolencje prezydentowi Hu Jintao, pisząc 13 maja: „Śmierć i cierpienia tysięcy rannych na skutek wczorajszego katastrofalnego trzęsienia ziemi w chińskiej prowincji Sichuan napełniają mnie głębokim smutkiem. Składam wyrazy współczucia i kondolencje rodzinom ofiar. Modlę się za zabitych i rannych".

 

Przywódcy religijni i tybetańskie organizacje pozarządowe organizują modły w intencji ofiar.

 

Rytuały odprawia się również w klasztorach, w których przed chwilą dokonywano rewizji i aresztowań, między innymi w Drepungu, Kirti i Lithangu. Mnisi zbierają też pieniądze na pomoc dla poszkodowanych i ich rodzin. Radio Wolna Azja podało, że stacjonująca w Kirti grupa robocza pozwoliła duchownym tylko na jednodniowe modły.

 

W dniu trzęsienia władze w Ngabie wydały rozporządzenie w sprawie „połączenia walki z separatyzmem z akcją ratunkową". To samo w Kardze, gdzie każą „sumiennie strzec stabilizacji". Liu Daoping, sekretarz prefektury, rozesłał listy do sekretarzy podległych okręgów, przypominając im, że są „odpowiedzialni zarówno za walkę z separatyzmem, jak i akcję ratunkową". Zaraz potem rząd Rongtragu - okręgu, który w Kardze ucierpiał najbardziej - wydał „sześciopunktową dyrektywę". „Departamenty, biura bezpieczeństwa publicznego i inne instytucje rządowe realizują ustalony plan, pozostają czujne, ściśle kontrolują sytuację oraz strzegą stabilizacji. Dotyczy to również policyjnych blokad na szosach, by siły separatystyczne nie wykorzystały sytuacji do dokonania aktów sabotażu. Nie wolno dopuścić do rozpuszczania pogłosek i wzniecania niepokojów. Na wydarzenia takie należy reagować natychmiast i z całą surowością". To był punkt drugi.

 

Władze Tybetańskiego Regionu Autonomicznego ogłosiły kampanię „ochotniczego" zbierania datków dla poszkodowanych w Sichuanie. Wedle mediów jest to „najbardziej wzruszająca i największa inicjatywa mieszkańców Lhasy w ostatnich latach". W rzeczywistości wszystkie jednostki produkcyjne potrącają „datki" z pensji według rozdzielnika (np. w zespole tanecznym po 300-500 yuanów).

 

Szinca Tenzin Czodrak, wicedyrektor w Stałym Komitecie Zgromadzenia Przedstawicieli Ludowych TRA i inkarnowany lama szkoły kagju, powiada w dzisiejszym „Dzienniku Tybetańskim", że w „dawnym Tybecie, za czasów ucisku XIV Dalajlamy, była tylko garstka wykształconych ludzi. Poza tomami w bibliotekach najbogatszych arystokratów nie istniały ani powieści, ani opowiadania". Czy mamy rozumieć, że najwybitniejsi uczeni buddyjscy byli ludźmi pozbawionymi wykształcenia? Biografia Pholhane, historia Gesara, czyli najdłuższy na świecie poemat epicki, i niezliczone księgi „o bogatej treści i pluralistycznej formie" (R.A. Stein, jeden z najwybitniejszych tybetologów) - spadły z nieba? Nawet bezwstyd powinien mieć jakieś granice.

 

Nikt nic nie wie o losie kilkunastu mnichów Labrangu, którzy 9 kwietnia odważyli się powiedzieć prawdę grupie zagranicznych dziennikarzy. Ludzie boją się, że dwaj z nich zostali zabici. LPZ najechała klasztor ponownie 7 maja, aresztując kilkuset mnichów. Pozostali odpowiedzieli protestem i wywalczyli zwolnienie wszystkich poza siedmioma duchownymi. Wymuszanie zeznań torturami jest na porządku dziennym. Niektórych mnichów pobili tak ciężko, że trzeba ich było zawieźć do szpitala. Policja zabroniła im z kimkolwiek rozmawiać. Ludzie wiedzą swoje, ale „oficjalnie" hospitalizowani są „chorzy".

 

W więzieniach kilka osób zakatowano na śmierć. Po marcowych protestach w Luczu aresztowano ponad 300 mnichów. Większość zwolniono, trzymają jeszcze dwie, trzy osoby, jedną zabili. Zwolniony z lhaskiego więzienia twierdzi, że był świadkiem zatłuczenia żebraka z Khamu. Na skutek bicia wiele osób postradało zmysły.

 

Mimo ogromnej presji wciąż dochodzi do nowych protestów. Przed cztery dni, od 11 do 14 maja, kotłowało się w Kardze. Najpierw aresztowali dwie mniszki za okrzyki i ulotki. Następnego dnia 12 innych, które domagały się zwolnienia swoich sióstr. Wszystkie brutalnie pobito. Dwie tak ciężko, że musieli je zwolnić. Dzień później to samo tylko z trzema mnichami. Kolejny dzień - rano trzy mniszki i świecki, który zaczął krzyczeć, że nie może patrzeć, jak je biją; po południu najpierw cztery, a następnie jakieś 60 mniszek (LPZ aresztowała 52). Wszystko to za sprawą kampanii edukacji patriotycznej i zmuszania duchownych do lżenia Dalajlamy. 15 maja wyprowadzili na ulice tłum policjantów. Większość sklepów jest zamknięta, w mieście panuje bardzo napięta atmosfera.

 

W Markhamie za podobne wystąpienia 12 i 13 maja aresztowano kilkunastu mnichów. Potem zorganizowano paradę. Przewieźli ich otwartą ciężarówką z czarnymi workami na głowach.

 

 

9 maja 2008

Przed kilkoma dniami napisałam, że nie będę prowadziła dziennika - ponieważ wysłannicy Dalajlamy zakończyli właśnie rozmowy z Chinami. Można było to uznać za symboliczne zakończenie protestów przeciwko despotycznym rządom - a więc i ich brutalnej pacyfikacji. Ten optymizm był jednak przedwczesny; protesty trwają, a Tybetańczycy cierpią, jak cierpieli. Muszę więc wrócić do mego „Dziennika", choć pewnie nie będę uzupełniać go codziennie.

 

Właśnie się dowiedzieliśmy, że dwoje tybetańskich studentów - Gartu Cering z Kanlho i Dolma z Ngaby - Północno-Zachodniego Uniwersytetu Mniejszości nie podejdzie w tym roku do egzaminów magisterskich. Dziekanat postanowił dociec, czy mieli coś wspólnego z milczącym, symbolicznym protestem Tybetańczyków z tej uczelni, który zorganizowano 16 marca. Nie zaprzeczyli, a wkrótce potem ich nazwiska znikły z listy egzaminacyjnej.

 

Słyszymy, że na jednej z uczelni w Xi'anie grupa „patriotycznych" tybetologów dokształca swoich kolegów i wychowanków na okoliczność bezeceństw „separatystycznej kliki Dalaja". Nie przewidziano miejsca na dyskusje. Wygląda to na przygrywkę kampanii na innych uniwersytetach. Na drugim planie mamy wiece, podczas których przypomina się wykładowcom o cnotach dyscypliny i powściągliwości (jeśli ktoś nie zrozumiał, idzie tu o wypowiedzi dla zagranicznych mediów). Mnisi w tym mieście przebierają się w świeckie szaty, bo nie chcą być wytykani palcami i oskarżani o „separatyzm".

 

Podobno nawiązano „dialog", ale władze chińskie wciąż opluwają Dalajlamę. Wczoraj „Dziennik Tybetański" poświęcił mu wstępniak o „reakcji w szatach", która usiłuje „podzielić macierz".

 

Zwolniono część zatrzymanych - ale dopiero po uiszczeniu drakońskich grzywien. Dapę, artystę z Gologu w Qinghai, którego zabrali 31 marca, wypuścili po zapłaceniu 10 tysięcy yuanów. Dolma Kji, po którą przyszli tego samego dnia, wciąż siedzi, ponieważ jej rodziny nie stać na okup. Ma troje dzieci i słabowitą matkę. Mówi się, że może dostać ładnych kilka lat. Chińskie przepisy stanowią, że po 37 dniach zatrzymania policja musi formalnie postawić zarzuty i przedstawić je krewnym (w przeciwnym razie można skarżyć się na „przewlekłość"). Tu - cisza. Ponoć zamknęli ją za śpiewanie o Dalajlamie i nagrywanie podobnych pieśni innych artystów. (Pieśniarz,  którego zabrali tego dnia, co ją, skarżył się, „nie ma słońca ni księżyca, a z nimi żadnej nadziei". Każde dziecko wie, że „słońce i księżyc" to Dalajlama i Panczenlama.)

 

Informują, że 350 mnichów klasztoru Sera i 400 z Drepungu „odprawiło ceremonie", tyle że w tych świątyniach było wcześniej po ponad tysiąc duchownych. Co stało się z ponad połową? W Labrangu, w Amdo 6 maja grupa robocza kazała mnichom modlić się do budzącego grozę wszystkich buddystów Dordże Szugdena. Bez skutku. Trzy dni wcześniej w okręgu Dału mnichom klasztoru bonu kazano w ramach „reedukacji" zawiesić chińską flagę. Wieczorem nie było po niej śladu. W Njagczu podobny protest doprowadził do zatrzymania Lamy Ako i Thuptena Rinpocze. Od 1 maja w całym Kardze wiecują w sprawie zawieszania czerwonych sztandarów i opluwania „kliki Dalaja".

 

Brutalność represji nie jest w stanie zatrzymać protestów. 1 maja 300 mniszek z okręgu Draggo w Khamie wywiesiło długie na dwa kilometry transparenty niepodległościowe. Władze zabrały ich przełożoną i posłały do klasztoru „grupę roboczą". Cóż, 7 maja w tej samej prefekturze Kardze mniszka Lhatrul i chłopka Bibi wykrzykiwały przed budynkami rządowymi „Niepodległy Tybet" i „Niech żyje Dalajlama". Zabrali je w jednej chwili.

 

Otrzymujemy informacje o nowych ofiarach. Neczung (38 lat) została aresztowana 18 marca za udział w protestach z 16-17 tego miesiąca. Zwolnili ją 26 marca (w stanie krytycznym) - zmarła 17 kwietnia. 4 maja przyszli po Akara Taszi (też 38 lat), ziomka Króla Dharmy, XVII Karmapy, z Lhatoku w Czamdo. Ponoć był podejrzany o udział w haskich zamieszkach 14 marca. Pchnął nożem jednego policjanta; drugi go zastrzelił.

 

W Lanzhou 18 kwietnia aresztowano Sangpo, słynnego mnicha i pisarza z Maczu w Khamie (założył tam szkołę średnią i wydawał literacki periodyk). Oskarżyli go o podżeganie do udziału w zamieszkach oraz przesyłanie za granicę zdjęć itd. Pisałam już, że 28 kwietnia podczas próby zatrzymania Czedhena z Darlagu doszło do strzelaniny, w której zginął on i policjant. To nie koniec - dwukrotnie postrzelono też matkę tego mnicha. W więzieniu jest jego rodzeństwo (cztery osoby) i inkarnowany lama pobliskiego klasztoru.

 

Chińskimi prawnikami, którzy wyrazili gotowość reprezentowania Tybetańczyków aresztowanych za „wydarzenia marcowe", zainteresował się Zhou Yongkang, członek Stałego Komitetu Biura Politycznego KC KPCh i przewodniczący komisji ds. prawa, a szef pekińskiej palestry obiecał „strzaskać" ich „miski ryżu". Zatrudniające ich kancelarie otrzymały następującą wiadomość: „Państwa pracownicy zaangażowali się w sprawy drażliwe, co spowodowało czasowe zawieszenie dorocznej procedury kontroli i odnawiania waszych licencji. Kontakt: Feng Xinquan, tel. 8610-58575631".

 

We wspominanej już prefekturze Ngaba 29 kwietnia do wszystkich prawników rozesłano następujące oświadczenie: „Apelujemy o jedność myślenia i działania oraz koordynację działań z komitetami partii i agendami administracji szczebla prowincji, prefektury i okręgu w celu zrozumienia sytuacji, wzmożenia czujności i przeciwdziałania aktom sabotażu oraz separatystycznym knowaniom kliki Dalaja".

 

Wczoraj rano pięciu wspinaczy (w tym trzech Tybetańczyków) wniosło ogień olimpijski na szczyt Czomolungmy. W związku z tym postawiono w stan najwyższej gotowości służby bezpieczeństwa pobliskiego okręgu Dingri prefektury Szigace. Mimo wszelkich blokad nosiciele ognia mieli ponoć dostrzec innych himalaistów i wystraszyć się „separatystycznego spisku". 2 czerwca będą w Lhasie.

 

Chińska dziennikarka, która w kwietniu widziała w Lhasie funkcjonariuszy paramilitarnej policji z karabinami wymierzonymi w sanktuarium Ramocze, powiada, że po 30 kwietnia wszyscy oni wyglądają jak turyści. Została obrzucona kamieniami przez tybetańską staruszkę i żebraka, któremu aresztowano ojca. Rozmawiała z Chinką, która prowadzi w Lhasie szkołę, nienawidzi Tybetańczyków i twierdzi, że 14 marca zabili oni - kamieniami, nożami - ponad 200 Hanów. Na wieść, że to po prostu niemożliwe, odpowiedziała wyzwiskami.

 

Wysłannicy Dalajlamy, którzy 4 maja prowadzili rozmowy w Shenzhenie, ogłosili, że zrobiono krok w dobrym kierunku. Wkrótce mają ogłosić termin kolejnej rundy rozmów.

 


6 maja 2008

Zaczęłam pisać dziennik tybetańskich protestów 10 marca. Składa się już z niemal 60 tysięcy chińskich znaków. W tym czasie dwukrotnie atakowano mojego bloga, ale w końcu udawało mi się odzyskać kontrolę nad sytuacją.

 

Dziś zawieszam pisanie. Wrócę, jeśli wydarzy się coś nowego.

 

 

4 maja 2008

Już po jednodniowych rozmowach specjalnych wysłanników Dalajlamy z dwoma wiceministrami Departamentu Pracy Frontu Jedności. Nie doszło do żadnego porozumienia w sprawie rozwiązania katastrofalnej sytuacji w Tybecie. Dla Tybetańczyków to żadne zaskoczenie, ale i smutek. Jak rozumiem, duża część tybetańskiej diaspory wiązała nadzieje z tym spotkaniem, więc muszą być bardzo rozczarowani. Rodacy w kraju nie wierzą w szczerość strony chińskiej. W porównaniu z poprzednimi sześcioma rundami kontaktów obniżono też ich rangę, wysyłając tylko wiceministrów. Choć władze obwieściły światu, że spotkanie ma charakter nieformalny, obecna sytuacja i zbliżające się igrzyska nadały mu wagę szczególną. Chińscy obywatele sieci żartują, że „następnym razem da się to opędzić dyrektorem biura lub kimś z magistratu, po co zawracać głowę przewodniczącemu i premierowi". Niektórzy Tybetańczycy też uważają to za korzystną wyłącznie dla Chin pokazówkę. Partia może się spokojnie zająć igrzyskami, a zachodni przywódcy dostali alibi na udział w olimpiadzie. Ofiara Tybetańczyków pójdzie na marne. Ciekawe tylko, czy KPCh naprawdę myśli, że wszystko to da się przeciągać do zakończenia igrzysk?

 

W muzeum pekińskiego Pałacu Narodowości wielka wystawa „Przeszłość i teraźniejszość Tybetu" sponsorowana przez centralny Departament Pracy Frontu Jedności, Biuro Informacji Rady Państwa, Państwową Komisję ds. Narodowości oraz Tybetański Region Autonomiczny. Nie sprzedają biletów, dostaje się je po okazaniu dowodu tożsamości. Kontrolują bagaże, zwiedzający przechodzą przez bramki. Nie wolno wnosić żadnych płynów, strażnicy depczą sobie po piętach. Tematy wiodące to „Historia i feudalny system niewolniczy" oraz „Nowy Tybet przemian", cel - dowodzenie, że „Tybet był integralną częścią Chin od niepamiętnych czasów", i zohydzenie jego historii sprzed 1959 roku. Chińczycy, którym najwyraźniej skutecznie wyprano mózgi, wpisują się księgi pamiątkowej: „Precz z niepodległością Tybetu. Strzeżmy jedności". Wskazując na eksponaty - drewniane dyby i ludzką skórę - babcia mówi do w wnuczka: „Wszystko to zrobił Dalaj". „Tyle im daliśmy, a oni wciąż się buntują, dlaczego?", to z kolei jakiś urzędnik. Rządowe media podają, że dziś zwiedzał „chiński" Panczenlama. Wcześniej oglądaliśmy tam jego rodziców oraz Yang Chuantanga, byłego sekretarza partii TRA.

 

Im bliżej igrzysk, tym większe zainteresowanie władz niegodnymi zaufania Tybetańczykami i Ujgurami. Szpiegują komitety dzielnicowe, nachodzące ludzi pod pozorem „sprawdzania skuteczności polityki kontrolowania przyrostu naturalnego" itp. Jeśli znajdą gdzieś kogoś bez meldunku, natychmiast zjawia się policja. Nie zapominają też o prewencji. W zeszłym tygodniu w prowincji Shanxi odbyła się telekonferencja okręgowych sekretarzy partii na temat metod zwalczania tybetańskiego separatyzmu i ruchu Falun Gong. Ponoć na dworcu w Guangzhou złapano niedawno dwóch „tybetańskich separatystów", którzy chcieli wysadzić pociąg. Mamy więc zaostrzone kontrole na dworcach i przerażone twarze na każdą wzmiankę o „separatyzmie".

 

Słyszymy, że 1 maja otwarto świątynie Ramocze i Tripa Lhakhang, do których wpuszczono grupę wiernych i wiernych inaczej. Kilka dni wcześniej okoliczne posterunki zastąpiono tłumem tajniaków. Na wewnętrznym dziedzińcu zainstalowała się grupa robocza. W głównej nawie modliło się ledwie 30 mnichów; atmosfera jest ponoć nieznośna. Z 28 duchownych Tripa Lhakhangu zatrzymano ośmiu; pięciu zwolniono, a trzech prawdopodobnie stanie przed sądem. Byli na liście „najbardziej poszukiwanych". Słyszy się, że wkrótce odbędą się nowe procesy i mogą zapaść na nich wyroki śmierci.

 

W stołecznym okręgu Lhundrub zaczęli zwalniać zatrzymanych, ale każą im płacić po 3000 yuanów. 27 marca wypuścili tam 31-letniego Dałę. Poddawany nieludzkim torturom, był już w stanie krytycznym. Zmarł cztery dni później. 20 mnichów z lokalnego klasztoru przewieziono do więzienia w Lhasie.

 

Jednostki produkcyjne w Lhasie, Nagczu, Czamdo, Lhundrubie, Szigace i Lhoce organizują przymusową „zbiórkę" na ofiary „bicia, niszczenia, plądrowania i podpalania". W Nagczu każdy musi wpłacić 100 yuanów, czekamy na szczegółowe informacje z innych regionów.

 

Grupa Robocza, która 26 kwietnia pojawiła się w klasztorze Pada Sangdroling w okręgu Serszul, kazała mnichom podpisywać ostatnią stronę jakiegoś „tajnego" dokumentu. Wielu odmówiło. Do tej pory nie wiemy, gdzie są Gelek Thabkhe, Gelek Drakpa i Tenzin Phuncog z tego klasztoru, których w marcu aresztowano w Lhasie.

 

 

3 maja 2008

Sprostowanie: 1 maja pisałam, że Dziamjang Rinpocze, opat Labrangu, wysłał telegram do władz - to pomyłka. Protest przeciwko niszczeniu i plądrowaniu relikwii wystosował wielki gesze Dziamjang Gjaco (chiń. Jiamuyang Jiacuo lub Jiayang Jiacuo) z tego klasztoru, wiceprzewodniczący Stowarzyszenia Buddyjskiego i nauczyciel mianowanego przez Chiny Panczenlamy.

 

Zagraniczne agencje podają, że rozmowy wysłanników odbędą się w Shenzhen. Rządowe media milczą, ale gazety z Hongkongu opublikowały nawet zdjęcie, tyle że nie Kelsanga Gjalcena, wysłannika i przedstawiciela Dalajlamy w Europie, a Kelsanga Gjalcena z emigracyjnego Zgromadzenia Przedstawicieli Ludowych.

Tybetańczycy przeklinają bezużyteczność swoich ziomków, którzy zapisali się do Komunistycznej Partii Chin. Ci ludzie powinni wykrzyczeć dziś prawdę, a nie basować propagandzie. Najwyraźniej brak im odwagi, choć rodacy stanęliby za nimi murem. Nikt nie chce rujnować sobie życia. Brakuje nam dzielnych przywódców. Wszyscy tęsknimy za X Panczenlamą. Bez takich wodzów i niezależnych intelektualistów ofiara prostych ludzi pójdzie na marne.

 

W dniu rozpoczęcia siódmej rundy rozmów rządów ChRL i Tybetu chińskie media obrzucają Dalajlamę błotem z czasów rewolucji kulturalnej. W „Dzienniku Tybetańskim" elaborat „Klika Dalaja sabotuje porządek buddyzmu tybetańskiego. Część I" pióra Damdula z Departamentu Pracy Frontu Jedności. To żaden mnich, tylko samozwańczy rzecznik partyjnej wizji buddyzmu. Objawia liczne grzechy „kliki Dalaja" - sprzeniewierzenie się naukom Buddy, łamanie najważniejszych ślubowań, brak patriotyzmu. Dalej mamy „Prawdziwe oblicze Tybetańskiego Kongresu Młodzieży, awangardy »tybetańskiej niepodległości«: Od przemocy do terroru" ze śmiałą tezą, przypisującą popularność tej organizacji „tajnemu rozkazowi" Dalajlamy, na którego polityce odciska się dziś jednak piętno TYC, i tym podobne brednie.

 

W Lhasie władze z powodzeniem udają „harmonię". Na ulicach pełno turystów, czyli przebranych żołnierzy, którzy udają również policjantów. O miraż „wolności religii" dbają jednostki produkcyjne, delegujące i sowicie opłacające „pielgrzymów" maszerujących do Potali czy otwartego na polecenie władz klasztoru Sera. Słyszymy, że wkrótce do Tybetu zawita kolejna grupa zagranicznych dziennikarzy. Jak rozumiemy, rząd może chcieć im pokazać nawet „wolność demonstrowania", organizując pikiety w sprawie jakichś dupereli.

 

Poza obowiązkową kampanią „zwalczania separatyzmu, strzeżenia stabilizacji i promowania rozwoju" każda jednostka produkcyjna w Lhasie przynajmniej raz w tygodniu organizuje „studia polityczne". Partyjni „studiują" więcej. Wszyscy, włącznie z dziećmi, piętnują na piśmie „separatystyczną klikę Dalaja" i odczytują swoje wypracowania na wiecach. Tybetańczycy wpadają w furię, ale nie mogą nic zrobić, czują się upokorzeni, ale i skutecznie zastraszeni. Mówi się o aresztowaniu grupy studentów Uniwersytetu Tybetańskiego.

 

Zwalniają ludzi zatrzymanych bez powodu po 14 marca. Jedni mieli pecha wracać do domu, innych zabrano prosto z łóżek. Większość przetrzymywano w dworcowych magazynach. Bito ich i rażono prądem. Nie dostawali wody, pili własny mocz, póki go oddawali. Codziennie rzucano im kilka bułek, o które toczyły się prawdziwe bitwy. Co cztery, pięć dni przewożono ich w inne miejsce. Nocą, więc nie wiedzieli, gdzie są.

 

Wciąż dochodzi do rozdzierających scen. Rankiem 30 kwietnia w klasztorze Gonsar w Dege pojawiła się grupa robocza, która kazała mnichom podpisać „Krytykę separatystycznej kliki Dalaja" i opatrzyć dokument dwoma zdjęciami. Grozili zamknięciem świątyni. Wszyscy duchowni udali się do do kaplicy bóstw opiekuńczych, gdzie ślubowali, że prędzej umrą, niż złożą podpis. Nie wiemy, jak się to skończy.

 

W wiosce przy klasztorze Łonpo w Serszulu przeszukano wszystkie domy, niszcząc znalezione wizerunki Dalajlamy. Kobieta imieniem Dri Lhamo powiesiła się z rozpaczy, a siedemdziesięcioletni mnich postradał zmysły. Potem chcieli uroczyście wciągnąć na maszt chińską flagę, ale przyszedł tylko ten nieszczęśnik. Aresztowano wiele osób.

 

W tym samym regionie Khamu pod koniec marca rozpoczęto kampanię edukacji patriotycznej w klasztorze Serszul. „Twierdzenia, że za incydentem stał Dalajlama są zupełnie bezpodstawne - oświadczył wtedy inkarnowany lama Thupten Njandra Rinpocze. - Przyczyną tych wydarzeń są tłumy Hanów, którzy okradają nasz kraj z jego bogactw, odbierając prawowitym mieszkańcom pracę i miejsca w szkołach. Każdy Tybetańczyk darzy czcią Dalajlamę. Chiński rząd powinien natychmiast zacząć z nim rozmawiać". Teraz trzymają go w areszcie domowym.

 

W Rebgongu, jak słyszymy, osądzili potajemnie trzech mnichów z klasztoru Doła. Skazali ich na dwa, trzy lata więzienia. W Draggo przed sądem stanęło sześć mniszek i jeden świecki. Khandro Lhamo, Łangmo i Dolma Jangco dostały po siedem, a Jesze, Sonam Czodron, Dejang i (świecki) Kelsang Dordże - po trzy lata więzienia. Wiemy tylko tyle.

 

Wczoraj zaatakowali chińskojęzyczne forum dyskusyjne tibettalk; przepadły wszystkie wpisy.

 

 

2 maja 2008

W odpowiedzi na zarzuty i oskarżenia zachodnich rządów oraz organizacji praw człowieka rządowe media rozpisują się o procesach uczestników „incydentu 14 marca". „30 oskarżonych - podają - broniło 31 adwokatów". Wyznaczonych przez sąd. Podsądnych reprezentowało też dwóch adwokatów z pekińskiej kancelarii Beidou Dingming (którzy nie podpisali się pod wcześniejszym apelem chińskich prawników, oferujących swą pomoc aresztowanym). Oto jak stołeczny adwokat Sun Wenge opisuje swoją rozmowę z oskarżonym imieniem Jesze: „Najpierw zapytałem go, czy w trakcie postępowania był torturowany i zmuszany do składania zeznań, oraz jak go karmiono w areszcie. Odpowiedział, że nikt go nie torturował i że jedzenie było bardzo dobre". Tymczasem Tybetanka Nima Dolkar tak opowiada o spotkaniu ze swoim klientem, Lobsangiem Samtenem: „Kiedy weszłam do aresztu śledczego podejrzanych opatrywało dwóch lekarzy. W kolejce czekało kilkanaście osób. Dwie leżały pod kroplówką". Z relacji zwolnionych wiemy, że bito i maltretowano wszystkich zatrzymanych. Niektórych zatłuczono na śmierć, innych okaleczono na całe życie, fizycznie i psychicznie. Osoby w stanie krytycznym przewożone są czasem do szpitali (z surowym zakazem wspominania o biciu i wymuszaniu zeznań). Relacja prawnika z Pekinu wydaje się więc mało wiarygodna.

 

Chińskie media rozpisują się o zabiciu policjanta, wspominając przy okazji o zastrzeleniu tybetańskiego „separatysty". Po raz pierwszy od eksplozji marcowych protestów władze przyznały się do zabicia Tybetańczyka, nie podają jednak żadnych dodatkowych informacji. Zacytujmy komentarz chińskiego internauty: „Pracowicie szukałem, nigdzie nie ma słowa o »separatystycznym podżeganiu« koczowników z Hongkho w Darlagu. Nie wiemy też, czy niepokoje w Qinghai miały jakikolwiek związek z lhaskich incydentem 14 marca, rozruchami w Kanlho czy »biciem, niszczeniem, plądrowaniem, podpalaniem« 16 marca w Ngabie, w Sichuanie. W tamtych dniach media donosiły wyłącznie o »potępieniu« aktów gwałtu w Lhasie przez inkarnowanych lamów klasztoru Kumbum oraz »szerokie masy« mieszkańców Qinghai. Cytowano też wicegubernatora prowincji, który akurat promował region w Hongkongu: »Qinghai to miejsce bezpieczne i bardzo stabilne. Różne grupy etniczne są u nas ściśle powiązane na zasadzie: wy mieszkacie między nami, a my między wami. Panuje wielka harmonia«. Innymi słowy, nikt nie wspominał o podżeganiu tamtejszych koczowników przez siły separatystyczne. Albo sprawa była zbyt błaha, albo władze nie chciały się przyznać do zasięgu niepokojów. Teraz dowiedzieliśmy się o tamtym »incydencie«, ponieważ próba aresztowania podejrzanych pociągnęła za sobą »incydent« znacznie poważniejszy. Człowiek zastanawia się tylko, o ilu innych »incydentach« go nie poinformowano. Czy nasze media nie mogą przedstawiać pełnych, wiarygodnych doniesień o tym, co się dzieje? Może władze po prostu nie chcą, żebyśmy znali fakty i mogli używać własnych mózgów do ich interpretowania".

 

Dowiedzieliśmy, że mniszki i mnichów aresztowanych w Czuszurze przewieziono do lokalnego więzienia. W klasztorze stacjonuje paramilitarna policja.

 

Mówią nam, że z Rebgongu w Amdo wycofano nagle tysiące policjantów i funkcjonariuszy oddziałów specjalnych. Wzrosła za to liczba tajniaków. Zwolniono większość mnichów klasztoru Rongłu. Niektórzy są w bardzo ciężkim stanie i zostali przewiezieni do szpitali. Za kratami zostało 17 duchownych tej świątyni.

 

Z ostatniej chwili: jutro przybędą do Chin wysłannicy Dalajlamy: Lodi Gjari i Kelsang Gjalcen. To pierwsze oficjalne spotkanie obu stron od chwili wybuchu i brutalnej pacyfikacji marcowych protestów. Jak informuje Dharamsala, wysłannicy mają przedstawić stanowisko Jego Świątobliwości i plan pokojowego, korzystnego dla obu stron rozwiązania problemu.

 

Z perspektywy Tybetańczyków w Chinach wygląda to tak: Komunistyczna Partia Chin chce wykorzystać Dalajlamę do wyciszenia problemu Tybetu (i nie tylko Tybetu) oraz spacyfikowania międzynarodowych, przedolimpijskich protestów. Te ich „kontakty i konsultacje" to coś w rodzaju środka uspokajającego. Chiny, główny rozgrywający tego konfliktu, mają interes nie w negocjacjach, a w rozładowaniu presji, jaką wywiera na nie Zachód, i poprawieniu swego wizerunku. Dalajlama chce wyjaśniać genezę tybetańskich protestów, ale KPCh już ją światu przedstawiła, nietrudno więc przewidzieć rezultat rozmów. Dyskusje mają dotyczyć Tybetańczyków w Tybecie - tych prostych, niewprzęgniętych w chiński system - a oni reprezentowani tu nie są, co samo w sobie wydaje się problemem. Co mogą przynieść rozmowy, z których wykluczeni są najbardziej zainteresowani? Po drugiej stronie stołu powinni siedzieć ludzie, którzy posmakowali życia pod chińskimi rządami, rozumieją chińską kulturę i partię komunistyczną. Tak zwane „rozmowy" wydają się li tylko grą słów, grą kultur, grą różnych polityk, są więc skazane na klęskę, skoro prowadzą je strony, które się nawzajem nie rozumieją.

 

 

1 maja 2008

Brutalna pacyfikacja pokojowych protestów, które zaczęły się 10 marca, pogrążyła wszystkie regiony Tybetu w otchłani rozpaczy. Mordy, aresztowania, tortury, wymuszanie zeznań, zaginięcia, samobójstwa, załamania nerwowe - ich smak poznały tysiące tybetańskich rodzin. Wiemy na pewno, że proces 30 skazanych za udział w „lhaskich rozruchach" nie był uczciwy, a wyroki budzą poważne wątpliwości. Mam nadzieję, że organizacje i ludzie, dla których znaczą coś prawa człowieka, zainteresują się tą humanitarną katastrofą, której końca niestety nie widać.

 

W klasztorze Labrang w Amdo, gdzie paramilitarna policja aresztowała aresztowała ponad 200 mnichów, podczas rewizji niszczono przedmioty należące do duchownych. Teraz dowiadujemy się, że przy okazji funkcjonariusze kradli bezcenne relikwie. Dziamjang Rinpocze (opat klasztoru, wiceprzewodniczący Stowarzyszenia Buddyjskiego i rektor Instytutu Wyższych Studiów Buddyjskich) napisał w tej sprawie telegram do chińskich władz, nazywając te akty wandalizmu i grabieży „drugą rewolucją kulturalną". Adresaci umyli ręce i przekazali sprawę aparatczykom z prefektury Kanlho. Mnisi podejrzani o „zaplanowanie rozruchów" są brutalnie bici w areszcie. Słyszymy, że Dzigme, Tenzina, Gaden Namdę i Dziamjanga Dzinpę przewieziono w stanie krytycznym do szpitala.

 

Od wczoraj rządowe media ciągle mówią o zastrzeleniu Lamy Cetena, dowódcy pododdziału Biura Bezpieczeństwa Publicznego w Darlagu, w prefekturze Golog. Ponoć zginął heroiczną śmiercią, próbując zatrzymać głównego „separatystę", odpowiedzialnego za wywołanie „rozruchów 21 marca". Zorganizowali już akademię ku czci. Mówią nam jednak, że Ceten przyjechał ze swoimi ludźmi do miasteczka Hongkho, żeby aresztować mnicha imieniem Czedhen, który 21 marca podpalił chińską flagę. Na drodze policji stanęli mnisi lokalnego klasztoru i świeccy. W trakcie szarpaniny Ceten zastrzelił dwudziestokilkuletniego Czedhena. Funkcjonariusze zabrali zwłoki i Sangsanga, ojca zabitego mnicha. Ludzie nie wytrzymali i ktoś zastrzelił Cetena. Informacje są szczątkowe, ale skoro użyto broni i zabito policjanta, sytuacja musiała być poważna. Nie wiemy, jak się to wszystko skończy. We wszystkich regionach, w których dochodziło do protestów, władze najwyraźniej szukają zemsty w masowych aresztowaniach i mordach, które potęgują determinację i rozpacz Tybetańczyków, co wróży Darlagowi jak najgorzej. Apeluję do władz o opamiętanie - dajcie tym ludziom żyć.

Słyszymy, że 29 kwietnia w lhaskim okręgu Czuszur aresztowano 19 mniszek i czterech mnichów medytujących w jaskiniach. Nie wiemy nic więcej.

 

Lhasa wita „majowe święto" orgią czerwieni flag i lampionów. Od rana na ulicy Yuthog funkcjonariusze policji zbrojnej „służyli ludowi": strzygli, badali, naprawiali rowery „ludności cywilnej", czyli wybranym przedstawicielom komitetów dzielnicowych. Rozumie się, że ta manifestacja braterstwa i harmonii zdominowała doniesienia z Tybetu. Zapomnieli tylko powiedzieć, że na wszystkich bocznych ulicach wystawiono posterunki legitymujące i zawracające „zwykłych" przechodniów.

 

Rządowe media podają, że do Lhasy dojechała pierwsza grupa 32 chińskich turystów. Nazywają to „wymarzoną podróżą". Władze miasta powitały gości na dworcu kolejowym, a potem zaprosiły ich na ognisko i pokaz sztucznych ogni. Przysłowiowa tybetańska gościnność, żadnej propagandy.

 

 

30 kwietnia 2008

Wczoraj w Lhasie ogłoszono wyroki 30 Tybetańczyków oskarżonych o akty gwałtu podczas „zamieszek" 14 marca. Urzędy państwowe, stołeczny komitet partii, lokalne Zgromadzenie Przedstawicieli Ludowych i komitety dzielnicowe zapewniły „publiczność" na jakoby „otwartym" procesie. Przed wejściem na salę wszyscy zostali wylegitymowani i otrzymali specjalne przepustki. Przed i w budynku sądu kłębił się tłum policjantów. Słyszymy, że wszystkich skazanych torturowano, wymuszając zeznania. Niektórzy nie byli w stanie iść o własnych siłach, podtrzymywali ich funkcjonariusze. Jeden nie mógł nawet stać, pewnie złamali mu nogę. Uczestnicy twierdzą, że „proces" był prosty i sprowadzał się do cytowania „linii partii". Oskarżeni nie mieli adwokatów i nie pozwolono im mówić. Ot, uproszczona procedura. Sędzia przemawiał po chińsku, w tłumaczeniu na tybetański roiło się od takich błędów, że publiczność co chwila wybuchała śmiechem. Rozumiem, że nie był to śmiech wesoły. Oskarżonym do śmiechu nie było - im zostało milczenie. Mówią, że to dopiero początek, a następne kary będą jeszcze surowsze.

 

Z uwagi na obecność zagranicznych dziennikarzy pod Czomolungmą z okazji sztafety olimpijskiej i pojawienia się w Lhasie pierwszych chińskich turystów - wszystkich żołnierzy w mieście przebrano w cywilne ubrania. Nieświadomy obserwator uzna, że wojsko wróciło do koszar, choć w istocie jest go jeszcze więcej niż dotąd.

 

Od wczoraj policjanci pilnujący świątyni Ramocze i okolicznych kwartałów wyglądają jak turyści. Noszą nawet słomkowe kapelusze. Inni udają grupki robotników. Jeśli się im uważnie przyjrzeć, do myślenia dadzą krótkofalówki. Radzimy więc dziennikarzom: zainteresujcie się stadkami słomianych kapeluszy. Klasztoru Sera też pilnują już „cywile", ci mają jednak kamizelki z napisem „patrol bezpieczeństwa". Na stołecznych ulicach roi się od szpicli, w tym dorabiających w ten sposób emerytowanych urzędników. To pewnie oni wydzwaniali na policję na widok mnicha czy mniszki, gdy w telewizji pokazywali listy gończe i mówili, że dają 20 tysięcy yuanów za donos (ponoć naprawdę płacili tylko dwa).

 

 

29 kwietnia 2008

Dziennikarze Reutersa, CNN, japońskich i chińskich mediów są już w obozie bazowym pod Czomolungmą z okazji sztafety ze zniczem. Lhasa udaje „harmonię" feerią oślepiającej czerwieni. Sztandary z pięcioma gwiazdami zatknięto na dachu Potali i wszystkich domach. Czerwone lampiony wiszą na sklepach, a nawet na przydrożnych drzewach. Chińskie media informują o otwarciu klasztoru Sera, gdzie wierni mają się modlić „przed różnymi ołtarzami", niemniej mieszkańcy miasta mówią nam, że owi „wierni" są delegatami władz. Warto zwrócić uwagę na słowa Tenzina Namgjala, sekretarza partyjnego Komitetu Narodowości i Religii, który mówił, że w Sera „odbywają się wszystkie zaplanowane ceremonie religijne, a życie i praktyka ponad 500 mnichów wróciły do normy". Faktycznie było ich tam ponad tysiąc - w połowie duchowni przyjeżdżający na studia z Khamu i Amdo. Taka tradycja, od założenia klasztoru w 1419 roku. Czy podawana teraz liczba oznacza wydalenie aż tylu mnichów? Jeśli tak, to władze mają za nic naszą tradycję. A jeśli połowa duchownych jest w więzieniach, mogę tylko błagać o zainteresowanie świata.

 

My wciąż nie możemy się dodzwonić do nikogo w klasztorze Sera. Ani w Drepungu, który ciągle jest zamknięty. Zapewne i stamtąd usuwają duchownych spoza TRA. Mnisi nadal nie mogą opuszczać Dżokhangu. Tam, gdzie telefony działają, rozmowy są podsłuchiwane. Wszyscy mieszkańcy miasta mają dostarczyć władzom fotokopię dowodu, meldunku i zdjęcie. Stołeczne jednostki produkcyjne dzień w dzień nawiedza policja.

 

Rządowa agencja Xinhua informuje: „Lhaski Pośredni Sąd Ludowy osądził 30 osób oskarżonych o udział w rozruchach 14 marca. Skazano je na kary od trzech lat do dożywotniego więzienia. Są to pierwsze wyroki po incydencie 14 marca". W tej grupie - samych Tybetańczyków - było sześciu mnichów. Jeden dostał dożywocie, dwóch po 20, a trzech po 15 lat. Podczas ogłaszania wyroku jedna osoba nie mogła stać i siedziała na ławce. Mogę się tylko domyślać, że to rezultat tortur, którymi wymuszone zeznanie.

 

„Dziennik Tybetański", organ partii w Tybecie, poświęcił dziś Dalajlamie trzy artykuły. „Dalaj: nawet jeśli kiedyś zmieni swoje sztuczki, nie ukryje złowieszczych zamiarów", czyli szósty już wstępniak z cyklu „obnażania i piętnowania kontrrewolucyjnej natury separatystycznej kliki Dalaja", „Twardymi dowodami odpieramy kłamstwa, którymi Dalaj zwodzi świat" oraz „Próby dzielenia macierzy muszą skończyć się klęską". Co może oznaczać kontrast między tymi tytułami a niedawną zapowiedzią oficjalnych rozmów z Dalajlamą? Sytuację analizował Dzigme Namgjal, który uważa, że frakcja świetnie żyjąca z „walki z separatyzmem" ma zbyt wiele do stracenia. To samo z aparatczykami rządu centralnego, dla których Tybet jest skarbonką i trampoliną do dalszej kariery. Sukces rozmów i powrót Dalajlamy oznaczałaby zmianę stylu sprawowania władzy i polityki wobec religii. „Ci ludzie nie będą wtedy mieli gdzie iść - i dlatego zażarcie się bronią". Myślę, że trafił w dziesiątkę. Od Pekinu po tybetańską prowincję tłumy chińskich i tybetańskich urzędników awansują i dorabiają się majątków na „walce z separatyzmem". I to właśnie oni najbardziej nie chcą rozwiązania „problemu Tybetu".

 


27 kwietnia 2008

Kolejne ataki na moją stronę. Wczoraj zmieniono mi hasło dostępu. Nie mogę się zalogować i publikować nowych materiałów. Póki nie odzyskam kontroli nad swoim blogiem, każdy, kto na niego wejdzie, będzie monitorowany przez osobę, która zmieniła hasło. Podchodźcie ostrożnie do nowych wpisów.

 

Próbujemy rozwiązać problem, ale to może potrwać. W najgorszym razie założę nowego bloga. To jeden z wielu ataków na strony prowadzone przez Tybetańczyków i ludzi, którzy próbują im pomagać. W ostatnich tygodniach są one bardziej intensywne. Ludzie, którzy boją się prawdy, próbują nas uciszyć i uniemożliwić przekazywanie informacji.


 

26 kwietnia 2008

W hongkońskim „Ming Pao" artykuł „Uzbrojeni policjanci na ulicach Lhasy, turyści wrócą 1 maja". Czytamy: „W tym tygodniu specjalny korespondent przyglądał się życiu miasta. Świątynia Dżokhang oraz klasztory Sera i Drepung, w których doszło do zamieszek, są wciąż zamknięte dla turystów i wchodzić tam mogą tylko tybetańscy wierni". Sprawdzałam: kłamstwo. Po 10 marca zamknięto, jeden po drugim, trzy wielkie stołeczne klasztory - Drepung, Sera i Ganden - oraz sanktuaria Dżokhang i Ramocze w centrum miasta. Nie mają do nich wstępu ani turyści, ani wierni. Wciąż też nie działają telefony.

 

Wczoraj, gdy agencja Xinhua informowała, że Komunistyczna Partia Chin spotka się z przedstawicielami Dalajlamy, ponad tysiąc członków tej organizacji siedziało na zorganizowanym przez rząd Tybetańskiego Regionu Autonomicznego wiecu poświęconym walce z separatyzmem. Kilkuset innych „mobilizowało" się pod hasłem „walki z separatyzmem, strzeżenia jedności i promowania rozwoju" (tę masówkę zwołała Ludowa Polityczna Konferencja Konsultatywna TRA). Rządowe media i portale atakują Dalajlamę w tasiemcowych artykułach. Od Lhasy po Pekin - nie zmienia się nic.

 

„Jeśli KPCh zaczyna z kimś rozmawiać, to tylko po to, żeby wyprowadzić go w pole - uważają niektórzy Chińczycy. - Teraz chcą jedynie powiedzieć Dalajlamie, że ma powstrzymać ataki na sztafetę olimpijską. Jeśli potem dojdzie do jakiegoś incydentu, zwalą na niego winę, będą przekonywać, że nie jest szczery. I uzyskają kolejny pretekst to robienia z niego demona". „Czysto strategiczne posunięcie obliczone na rozładowanie napięcia przed igrzyskami i gróźb bojkotu". „Pusty gest, mający uciszyć hałas wokół Tybetu". „Sztuczka, która ma oszukać świat. Nic tu nie jest szczere. Gdyby było inaczej, wpuściliby do Tybetu dziennikarzy, ONZ, organizacje pozarządowe i daliby im przeprowadzić niezależne dochodzenie".

 

Większość Tybetańczyków wątpi w dobre intencje chińskich władz i nie robi sobie wielkich nadziei. Uważają, że idzie tylko o igrzyska, a nie o dobro Tybetu, gdzie sytuacja jest po prostu tragiczna. W samej Lhasie 14 marca zamordowano ponad 150 Tybetańczyków. Słyszymy, że od tego dnia policja dokonuje oględzin wszystkich zwłok niesionych przez krewnych na cmentarne pole w Drikungu. Najwyraźniej szukają ran postrzałowych. Trudno bardziej urazić i obrazić pogrążonych w żałobie ludzi, którzy idą prosić mnichów o ostatnie modły za najbliższych. Coraz częściej mówi się też o czystce urzędników tybetańskich. W Lhasie wyrzucili ponoć kilku policjantów, którzy mieli ujawnić jakieś tajemnice.

 

Zhang Chaoyang z Sohu.com pojechał ze swoją ekipą do Lhasy, gdzie nakręcili filmik „Nasz Tybet wciąż jest dobry". „Dziennikarskie śledztwo" Zhanga polegało na wizycie w syczuańskiej restauracji, gdzie, w ramach poszukiwania „prawdziwego życia Tybetańczyków", pogawędził on sobie z sześcioma czy siedmioma osobami (z jednym wyjątkiem - samymi Hanami). Dwóch rozmówców twierdziło, że ich rodzice pracowali w Tybecie. „Jesteśmy drugim pokoleniem, które oddaje młodość temu miejscu. 80 procent Tybetańczyków odnosi się do nas bardzo dobrze. Nigdy nie podniosą ręki na macierz i zawsze staną u boku Chińczyków". „Tybet nie powinien być dla Tybetańczyków, tylko dla wszystkich narodowości Chin. Nasz Tybet wciąż jest dobry".

 

Zhang bardzo się ucieszył i oświadczył, że udowodni światu, iż Tybetańczycy są szczęśliwi. Jest bardziej państwowy od państwowej telewizji. Arogancki dziennikarz, rzecznicy Tybetu w drugim pokoleniu i sylwetki policjantów za oknem - z „naszym Tybetem" nie jest chyba aż tak dobrze! Słyszymy, że ekipę zakwaterowali w Himalayan Hotel i że odgrywają tam dla nich niezłą szopkę. Zespół folklorystyczny udaje próby, a pracownicy wyludnionego biura podróży - wytężoną pracę. Powiedzieli nawet do kamery, że spodziewają się tłumu gości, choć doskonale wiemy, że tak nie będzie.

 

W hongkońskim „SCMP" wywiad z Pemą, przewodniczącym LPKK w Qinghai, i tybetańskim urzędnikiem (który nie chciał zdradzić nazwiska) z Juszu w tej prowincji. Obaj otwarcie krytykowali przywódców KPCh, którzy ich zdaniem się „przeliczyli". Powiedzieli też, że celem „edukacji" i karania Tybetańczyków „jest walka z Dalajlamą o ludzkie serca". Dlatego też „kampanię wymierzono przede wszystkim w mnichów i klasztory, które uczestniczyły w najpoważniejszych niepokojach od ponad dwóch dekad. Potrwa ona z pewnością do sierpnia, czyli do końca igrzysk". Pema naprawdę nie przebierał w słowach: „Wszędzie jest paramilitarna policja, więc sytuacja wydaje się stabilna. Tylko jak długo można utrzymywać taką stabilizację? Rząd rozprawił się z protestami twardą ręką. Ta reakcja nie przystaje do rzeczywistości i wywoła tylko jeszcze większą wrogość".

 

Tybetańczycy ciągle protestują. W Kardze aresztowano dwie mniszki - Lhagę i Sonam Dekji - które 23 kwietnia rozdawały flagi modlitewne i ulotki z hasłami „Niech żyje Dalajlama", „Niepodległość dla Tybetu" itd.

 

Słowo ode mnie: chyba znów atakują mojego bloga i ponownie majstrują przy haśle dostępu. Nie wpadam w histerię, jakoś sobie z tym poradzimy.

 

 

24 kwietnia 2008

„Dziennik Tybetański" konsekwentnie „obnaża" knowania „kliki Dalaja", rozgrzeszając władze z wszelkiej odpowiedzialności za ostatnie niepokoje. Witamy w czasach rewolucji kulturalnej. W organie partii na temat buddyzmu nieodmiennie wypowiadają się ludzie, którzy go nie wyznają ani nie rozumieją, ale czują się upoważnieni do wołania: „Dalaju, kiedy zaczniesz przestrzegać swoich zakonnych ślubowań?". Nie wiadomo - śmiać się czy płakać.

 

Z różnych doniesień wyłania się scenariusz nowej kampanii „reedukacyjnej". Zaczynają od kadr najniższego szczebla, które niosą następnie „kaganek oświaty" do lokalnych klasztorów, zakładów pracy, społeczności, szkół wszystkich szczebli itd. - nie zapominając o żadnym Tybetańczyku. Właśnie opowiedziano nam historię z okręgu Lhundrub, gdzie uczniowie musieli obejrzeć filmy i wystawę zdjęć z „14 marca", potępić na piśmie klikę Dalaja, a następnie odsłuchać tego w lokalnym radiowęźle.

 

Zewsząd słychać, że w związku ze sztafetą olimpijską od 1 maja władze wprowadzą w Lhasie godzinę policyjną i nadzwyczajne środki bezpieczeństwa. Wszyscy zatrudnieni w stołecznych jednostkach produkcyjnych (i ich bliscy oraz goście) kserują dokumenty i zdjęcia legitymacyjne. Każdy musi dostać nowe zezwolenie - nawet dzieci w wieku przedszkolnym. Od 14 marca wszystkie stołeczne „jednostki produkcyjne" są postawione w „stan gotowości". Pracownicy, wiedzą, że przede wszystkim nie wolno im rozmawiać z nikim z zewnątrz - zwłaszcza o aresztowaniach. „Rozpowszechnianie pogłosek" oznacza śledztwo i surową karę.

 

Nie działają telefony, więc wciąż nie wiemy, co stało się w Drepungu, Sera, Neczungu i innych stołecznych klasztorach. Apeluję do świata o zainteresowanie losem naszych mnichów. Od 14 marca nie przestają aresztować. Areszty i więzienia pękają w szwach. Jak rozumiemy, zamykają ludzi nawet w najróżniejszych magazynach. Część wypuścili, ale większość nadal trzymają i maltretują. W Lhundrubie, mówią nam, nie wiedzą, co zrobić z zatrzymanymi. Trzymają ich w sali konferencyjnej, która śmierdzi moczem i kałem, bo dawno przelały się sanitariaty. Ponoć gorączkowo mówi się tam o dezynfekcji.

 

Ciekawostka: do okręgu Maczu w Amdo ściągnięto 10 tysięcy funkcjonariuszy - innymi słowy, jeden na jednego mieszkańca. Pierwszy eszelon już podmienili, było im za wysoko. Ludzie są przekonani, że policja (która nie je wołowiny ani baraniny, tylko - trudną tu do zdobycia - wieprzowinę) zostanie z nimi do zakończenia igrzysk. Biznesmeni dawno stąd uciekli, a o turystach nikt nawet nie wspomina.

 

W okręgu Hungjon, ranni w czasie protestu 17 marca dogorywają w domach. Władze lokalne zatrzymały tam ponad 30 osób - w tym wszystkich autorów esemesów.

 

 

23 kwietnia 2008

Jak gdyby do tej pory było za mało kontroli - wszelkie urzędy i komitety dzielnicowe w „mieście Lhasa" szczegółowo sprawdzają swoich poddanych. Prześwietlają meldunki, zatrudnienia itd. Przy okazji obie strony - najemcy i właściciele - muszą wyspowiadać się z meldunków, zaświadczeń, zezwoleń itp. Tych ostatnich przesłuchuje się na okoliczność „trzech": znam nazwisko, adres i zawód lokatora. Władze przejawiają szczególne zainteresowanie ludźmi, którym brakuje czegoś z tej trójcy. Lokalne media utrzymują, że uzyskanie czasowego meldunku to kwestia dwóch godzin - w rzeczywistości formalności obowiązujące Hanów i Hui (chińskich muzułmanów) to nic w porównaniu z tym, czego wymaga się od Tybetańczyków. Jak rozumiemy, w pierwszej kolejności wydalą z Lhasy mnichów i mniszki, którzy przyjechali tu na monastyczne studia z innych regionów.

 

Olimpijski ogień ma zaszczycić sobą Lhasę 20 czerwca. W związku z tym chłopom z okolicznych okręgów - sprzedającym w mieście, na przykład, wonne gałęzie jałowca - zapowiedziano już, że nie będą mogli odwiedzać stolicy od 1 maja. Mieszkańcy Lhasy, czując nosem godzinę policyjną, na wyścigi kupują podstawowe produkty. Miastem wciąż władają paramilitarne oddziały, które wyprowadzono na ulice 14 marca. Wszystkie jednostki produkcyjne zmieniły się w ich pola namiotowe; stołeczny stadion to dziś camping i parking dla wojskowych ciężarówek. Jednocześnie władze domagają się coraz to nowych pomieszczeń - zapewne dla „strażników" olimpijskiego ognia.

 

Wiemy coraz więcej o „grupach roboczych", które - wedle rządowych mediów - „przybliżają masom" przepisy i rozporządzenia. W czwartek 10 kwietnia dokonano masowych aresztowań w klasztorach Drepung i Neczung. Ostali się w nich tylko starcy i inwalidzi (w tym drugim - słownie - cztery osoby). 16 kwietnia Biuro Bezpieczeństwa Publicznego TRA postawiło w stan gotowości wszystkich funkcjonariuszy, nie udzielając im żadnych informacji o nowym „zadaniu". Kazano wyłączyć - i odebrano - wszystkie telefony komórkowe. Oficerowie obejrzeli trzy filmy propagandowe i zjedli dwa posiłki. „Akcja" zaczęła się o północy. Policjantów przewieziono do centrum szkoleniowego, skąd dwie godziny później pojechali aresztować - w sumie 400 - mnichów klasztoru Sera (gdzie, jak w Drepungu, ostali się tylko starcy i inwalidzi). O czwartej rano 18 kwietnia policjanci ze stołecznego okręgu Czuszuru dostali rozkaz dokonania aresztowań w (zbudowanej w XI wieku) świątyni Dolma Lhakhang. Zabrali niemal wszystkich mnichów. Tak się składa, że w owej świątyni znajdują się liczne „zabytki", więc władze okręgu Czuszur wydelegowały grupę urzędników, którzy mają ich „strzec". „Kadry", ponoć, żartują, że zmieniono ich w duchownych. Mówi się, że dostają sto yuanów dziennie (plus premie). 18 kwietnia klasztory Sera i Drepung zaszczycił swoją obecnością sam sekretarz partii, Zhang Qingli. Media podały, że spotkał się z „członkami grup roboczych oraz gawędził z członkami komitetów demokratycznego zarządzania oraz przedstawicielami mnichów". Z tego, co rozumiemy, ci ostatni, nie są wielbicielami jego hasła „lepiej zabić tysiąc niewinnych, niż dać uciec jednemu wichrzycielowi", który brał udział w „zamieszkach". Większość Tybetańczyków - w tym komunistyczne kadry - boi się i niepokoi. Wszyscy uważają, że odpowiedzialność za „incydent 14 marca" spoczywa właśnie na Zhangu. Czytając jednostronne doniesienia rządowych mediów, nawet tybetańskie „kadry" czują się zdezorientowane i zdradzone. W tych kręgach władze nie mogą liczyć na żadne poparcie. Wszyscy wiedzą, że Dalajlama nie ma nic wspólnego z marcowymi rozruchami. KPCh brnie w ślepy zaułek skrajnie opresyjnej polityki, nie oglądając się na fakty. Trudno się dziwić, że nikt już im nie wierzy.

 

Jak słyszymy, 12 kwietnia przeciwko „edukacji patriotycznej" protestowali mnisi i mniszki co najmniej trzech klasztorów w Maldrogongkar. Interweniowała policja, aresztując - i raniąc - kilkadziesiąt osób. Tej samej nocy, na znak protestu, powiesiła się mniszka Lobsang Como. Miała 31 lat.

 

W ramach wszechobecnej kampanii reedukacyjnej mnisi muszą zawieszać chińskie flagi na dachach swoich świątyń i przysięgać pod nimi walczyć z „klasowymi wpływami Dalaja". Jakby tego było mało, musi to być sfilmowane. Przy okazji często każe się im składać podpisy na pustych kartkach papieru - wielu jednak odmawia.

 

Jednostki produkcyjne, które tymczasowo zatrudniały Tybetańczyków, muszą teraz ich zwalniać. Jeden po drugim ludzie wracają w rodzinne strony.

 

 

22 kwietnia 2008

Komitet Polityki i Prawa prowincji Sichuan oraz tamtejsze Biuro Bezpieczeństwa Publicznego 16 kwietnia ogłosiły komunikat specjalny: „Organy bezpieczeństwa publicznego zatrudnią 698 osób do pracy w lokalnych komisariatach w regionach tybetańskich". 443 policjantów trafić ma do prefektury Kardze, 215 do prefektury Ngaba, a 40 do okręgu Mili w Liangshanie. Prócz tego mają nowe etaty „specjalne" (m.in. dla tybetańskich tłumaczy): 239 w Kardze i 102 w Ngabie. Podkreślają jeszcze, że o stanowiska te nie mogą ubiegać się „osoby, których partnerzy, najbliżsi krewni i krewni małżonków zostali skazani na śmierć, odbywają kary więzienia lub uczestniczyli w próbach obalenia naszego rządu w Chinach lub za granicą".

 

Czomolungma leży w okręgu Dingri prefektury Szigace. Wczoraj władze lokalne zwołały wiec, by zmobilizować wszystkie siły - oddziały policyjne podległe organizacjom politycznym i prawnym, organy administracji, Ludową Policję Zbrojną, straż graniczną, straż pożarną i służby bezpieczeństwa wewnętrznego - do ochrony znicza. Słyszymy, że gdy zawita on do Lhasy, będzie tam obowiązywać godzina policyjna. Oczywiście władze nie zamierzają chwalić się tym przed światem. Tybetańczycy będą mieli zakaz pielgrzymowania i odwiedzania świętych miejsc. Lhaskie biura podróży wspólnie z Komunistycznym Związkiem Młodzieży Chińskiej zorganizują przed Potalą masówkę pod hasłem „Strzeż znicza, kochaj macierz". Spodziewają się co najmniej 20 tysięcy Hanów (głównie pracowników stołecznych biur podróży). Do maja stolicę muszą opuścić wszyscy Tybetańczycy, którzy nie są tam zameldowani lub oficjalnie zatrudnieni (w tym mnisi z innych regionów studiujący w lhaskich klasztorach). Miasto jest też zamknięte dla przyjezdnych spoza TRA - to znaczy, z Khamu i z Amdo. Identyczne restrykcje będą obowiązywać na całej trasie sztafety olimpijskiej.

 

„Dziennik Tybetański" zapowiedział dziś cykl wstępniaków „obnażających i piętnujących kontrrewolucyjną naturę separatystycznej kliki Dalaja". W pierwszym artykule zdefiniowali Dalajlamę jako „trzy nieszczęścia i głównego herszta": „Dalaj to watażka, który podkopuje fundamentalne interesy Tybetańczyków i jest przyczyną ich nieszczęść, Dalaj to nieszczęście dla narodu chińskiego oraz główny herszt separatystycznej kliki politycznej, która knuje »niepodległość Tybetu«".

 

Kolejna fala kampanii rodem z rewolucji kulturalnej. W Milingu, w Kongpo powołali dziewięć grup roboczych, które nawiedzają miasteczka, wioski i klasztory okręgu. Zwołują wiece, piętnują klikę Dalaja, badają sytuację, prowadzą śledztwa i ogłaszają coraz to nowe rozporządzenia.

 

Trwają masowe aresztowania mnichów. Jak słyszymy, w położonym w pobliżu Drepungu klasztorze Neczung zostało ich ledwie czterech. Tybetańczycy mówią o tym z ogromnym wzburzeniem - i strachem. Ponieważ wszystkie świątynie są zamknięte, wiele osób ofiarowuje maślane lampki przed Buddami wykutymi w skałach wzgórza Czakpori i modli się tam za ofiary prześladowań.

 

Mówią nam, że 17 kwietnia aresztowano ośmiu mnichów klasztoru Sakja w okręgu Lhundrub. 15 i 16 kwietnia zabrali 32 duchownych z klasztoru Szicang w okręgu Czone, w Amdo. W pobliskim klasztorze Czopel Taszi Czokhor aresztowali ponad 200 mnichów. W klasztorze Lhamo Kirti i wiosce Doczo w Dzoge wzięli czterech mnichów - Konczo Tarkę, Konczo Retana, Taji i Buganga Dargjala - oraz czworo świeckich: Phuncoga, Ato, innego Phuncoga i Khandro Cering (najstarszy ma 20 lat, najmłodsza 14). Nocą 19 kwietnia w góry uciekło ponad 190 mnichów klasztoru Lhamo Kirti.

 

W klasztorze Kirti w Amdo 19 kwietnia odebrał sobie życie mnich. Nazywał się Tusong, miał 29 lat i był niewidomy. „Co musicie przeżywać wy - powiedział, jak się okazało, na pożegnanie - skoro ja, ślepy, nie mogę na to patrzeć".

 

Chcę napisać kilka słów o aresztowanych niedawno artystach, nauczycielach i poetach. 31 marca zabrali dwóch artystów: Dapę (albo, jak wolą inni, Dałatara) i Dolmę Kji, oraz nauczycieli języka tybetańskiego: Palczen Kjaba, Lhundruba i Sonama Dordże. Następnego dnia Biuro Bezpieczeństwa Publicznego prowincji Qinghai przyszło po słynną pieśniarkę i poetkę Dziamjang Kji, gwiazdę telewizji regionalnej.

 

Dapa, Dałatar albo Golog Dapa jest słynnym bardem. Wychodziwszy zezwolenie lokalnego rządu, 3 marca 2003 roku założył grupę artystyczną Majul Gesar. Byli zupełnie niezależni, nie dostawali żadnych pieniędzy od władz, starali się edukować ludzi i promować kulturę tybetańską. Uczyli tańca oraz języków: tybetańskiego i chińskiego. Dzięki temu wielu koczowników mogło wreszcie znaleźć pracę. Dapa jest jedną z najważniejszych postaci świata kultury w Gologu. W 1990 roku nagrał płytę z pieśniami o miłości, w 1996 i 2001 nagradzano jego przedstawienia. Śpiewał też pieśni o Gesarze, opowiadał jego historię (i nagrał świetną płytę z tym materiałem).

 

Dolma Kji jest słynną piosenkarką. Była związana z Majul Gesar, potem założyła własny zespół: Czarny Namiot i Biały Lotos. Najpierw miał być kobiecy, ale ludzie pchali się drzwiami i oknami, zaczęła więc przyjmować i aktorów. Grała główne role w wielu przedstawieniach, nagrywała płyty i kasety z miłosnymi pieśniami.

 

Palczen Kjab jest liderem Grupy Pomocy Kulturalnej Maczen, która niesie kaganek oświaty przez koczownicze pustkowia, ucząc dzieci nomadów. Palczen i jego nauczyciele nagrali dwie płyty (między innymi „Tybetański dom") promujące edukację. Latem 2007 roku otrzymali dotację od amerykańskiej organizacji pozarządowej.

 

Dziamjang Kji, pisząca pod pseudonimem Meng Zhu, urodziła się w wiosce Sangdo Laca, w Mangrze, w Amdo. W 1993 roku ukończyła studia na wydziale politechnicznym Akademii Pedagogicznej Narodowości w Qinghai i zaczęła pracować w tybetańskiej sekcji telewizji regionalnej. Do kwietnia 2008 roku była przede wszystkim wydawczynią, redaktorką, tłumaczką, autorką i reżyserką programów informacyjnych. W 1994 rozpoczęła trzyletni, korespondencyjny kurs Akademii Edukacyjnej. Jest słynną śpiewaczką, niezwykle popularną wśród Tybetańczyków w kraju i za granicą. Nagrała co najmniej pięć solowych płyt: „Czarny Namiot", Szambalę", „Czar śniegu", „Tęsknotę za Tybetem", „Przeznaczenie". Jako jedna z nielicznych interesowała się prawami tybetańskich kobiet i dzieci. Dużo o tym pisała. W marcu 2006 roku zaproszono ją do Stanów Zjednoczonych, gdzie występowała z okazji tybetańskiego Nowego Roku i uczestniczyła w konferencji na Uniwersytecie Columbia. Prowadziła tybetańskiego i chińskiego bloga, na które zaglądało wielu młodych Tybetańczyków. Pisała wiersze i artykuły, miała wydać książkę.

 

 

21 kwietnia 2008

W Lhasie, donosi „Dziennik Tybetański", ogłoszono dziś formalnie „kampanię edukacyjną" pod tytułem: „Zwalczaj separatyzm, strzeż stabilizacji, promuj rozwój". Podzielona na „trzy etapy", potrwa dwa miesiące. Przed nami pranie mózgów - przy pomocy kija i marchewki - aparatczyków i kadr, chłopów i koczowników. Jednocześnie władze mobilizują lud do „demaskowania zła" (najchętniej na podstawie „własnych doświadczeń"). Wszystko to w celu „pogłębienia walki z separatyzmem i przypuszczenia kontrataku na spiski kliki Dalaja". Dordże Cedrub, wicesekretarz Miejskiego Komitetu KPCh w Lhasie, powiada, że „rezultaty kampanii staną się miernikiem osiągnięć członków partii i kadr państwowych".

 

Tymczasem kampania „zwalczania separatyzmu" idzie pełną parą w większości okręgów Tybetańskiego Regionu Autonomicznego. Przed trzema dniami „Dziennik Ludowy" pisał o dwumiesięcznej „edukacji patriotycznej" w okręgu Zangri prefektury Lhoka. Edukują się „członkowie partii, kadry, emeryci, stacjonujące w regionie wojska, podległe wszystkim komórkom oddziały Ludowej Policji Zbrojnej, dzieci ze szkół podstawowych i średnich, chłopi, koczownicy, biznesmeni oraz personel religijny". Ludzi tych podzielono na „pięć kategorii", a samą kampanię na „pięć etapów". Jednym słowem - nikt przed nią nie ucieknie. Nowa rewolucja kulturalna przetoczy się przez każdą wieś, osadę, okręg i prefekturę, raniąc serca wszystkich Tybetańczyków.

 

Część rządowych mediów przedrukowała wywiad przewodniczącego TRA, Dziampy Phuncoga - byłego aktywisty rebelianckiej frakcji gwardii czerwonej - dla hongkońskiej telewizji satelitarnej. Wypowiedzi Dziampy są tak absurdalne, że warto poświęcić im chwilę uwagi. Wobec mnichów Drepungu - którzy zorganizowali protest 10 marca - zastosowano „stosunkowo skuteczne metody prewencji i kontroli". Proszę? Podczas „incydentu" 14 marca „w żadnym razie nie stosowaliśmy środków, które mogłyby kogokolwiek zabić lub ranić". Mniejsza o niezliczone relacje naocznych świadków, którzy słyszeli strzały i widzieli mordy na Barkhorze. Wreszcie, powiada przewodniczący, „wiedzieliśmy o określonych związkach między separatystami z zagranicy i z kraju oraz byliśmy gotowi", niemniej „tym razem byli oni lepiej przygotowani, niż sądziliśmy". Wiedzieli, byli przygotowani, ale nie zapobiegli eskalacji? Karygodne zaniedbanie obowiązków służbowych. „Sądy i Prokuratura Ludowa wzywały do poddania się głównie Tybetańczyków, ale też przedstawicieli innych nacji, w tym Hanów". Bezwstydne kłamstwo! Na liście 170 „najbardziej poszukiwanych" są sami Tybetańczycy! Na koniec przewodniczący zdradził, że listy gończe „rozesłano najpierw za 40, potem 50 i wreszcie ponad 90 osobami. Z tego co wiem, do wczoraj w ręce władz dobrowolnie oddały się 22. Inne złapano, teraz poszukiwanych jest około 70". Kolejne łgarstwo. Na konferencji prasowej 18 kwietnia Biuro Bezpieczeństwa Publicznego podało, że poszukiwało 170 ludzi, z których ujęło już 80 (w tym 11 „ochotników"). Nie wiadomo, czy pozostali ukrywają się czy zostali zabici.

 

Mnisi klasztoru Rongłu, którzy 17 kwietnia pokojowo apelowali do władz o uwolnienie aresztowanych współbraci, najwyraźniej rozwścieczyli urzędników lokalnych (choć nie podjęli w tej sprawie żadnego protestu). Rzucono przeciwko nim policję zbrojną, która biła na oślep i aresztowała na chybił trafił. W trakcie skatowano inkarnowanego lamę, którego próbowały zasłaniać własnymi ciałami przerażone kobiety. Też zostały aresztowane. Najmłodszy z zatrzymanych ma 15, najstarszy 75 lat (powalono go na ziemię uderzeniem pałki i wrzucono do samochodu). Pojmanym wiązano ręce stalowym drutem; niektórym za mocno, tnąc nadgarstki do kości. Następnie policja najechała klasztor, katując i aresztując tłum duchownych, rewidując wszystkie pomieszczenia, konfiskując zdjęcia Dalajlamy itd. Zabrali mnichom nawet herbatę. Z tego co rozumiemy, w Rebgongu mogli zamknąć ponad 430 osób.

 

Oprócz sędziwego Alaka Khasucanga wzięli też Czangce Rinpocze. Nic tak nie przeraża i tak nie oburza Tybetańczyków, jak prześladowanie inkarnowanych lamów. Co więcej, pierwszy z nich przekonał do przerwania protestu chłopów z wioski Njandu. Natomiast w prefekturze Colho słynny Szaricang Rinpocze powiedział urzędnikom lokalnym, żeby więcej nie zwracali się do niego - i innych lamów - o mediację: „Nigdy już tego nie zrobię, nawet jeśli zamkniecie mój klasztor". Ludzie mówią, że na znak protestu złożył dymisję ze wszystkich piastowanych stanowisk. W Rongłu wciąż stacjonuje policja, klasztor jest martwy. W rozpaczy są nawet tybetańscy aparatczycy: „Skoro zabrali tylu ludzi, nasze duchy góry i bóstw opiekuńcze muszą być na wakacjach. To jasne jak słońce".

 

Wciąż pogarszają się stosunki między Tybetańczykami i Hanami. „Obrażenia fizyczne - słyszę - to nic w porównaniu z traumą psychiczną Tybetańczyków wprzęgniętych w chiński system. Tych ran uleczyć się nie da".

 

Mówią nam, że 14 kwietnia zbrojna policja najechała klasztor Njantho w okręgu Maczu, w Amdo. Przeszukali wszystkie pomieszczenia, skonfiskowali zdjęcia Dalajlamy i zabrali 150 mnichów. W tym samym okręgu 11 i 16 kwietnia aresztowano kilkudziesięciu Tybetańczyków, ale nam udało się ustalić imiona tylko kilku z nich: Lhamo Cering (18 lat), Lobsang Gjal (19), Cering Dordże (22), Carima (30), Lhamo (19), Kelsang Gjal (33), Khedrup (23), Ngondra (36) i jego syn Dziamjang. Nie wiemy, gdzie ich trzymają.


 

 

 

Część I

 

Oser (chiń. Weise) urodziła się w Lhasie w 1966 roku. Pisze po chińsku i mieszka w ChRL. We wrześniu 2003 roku jej książka „Zapiski z Tybetu" (chiń. Xizang Biji) znalazła się na indeksie. Władze uznały, że jest „szkodliwa" i zawiera „nieodpowiedzialne" wzmianki o Dalajlamie oraz Karmapie, który w 2000 roku uciekł do Indii. Oser zmuszono do poddania się samokrytyce - za odmowę ukarano ją usunięciem z pracy, odbierając jej jedyne źródło utrzymania, świadczenia zdrowotne i emerytalne oraz mieszkanie. Uciekła do Pekinu. Od 22 marca do maja - wraz z mężem, chińskim intelektualistą Wang Lixiongiem - w areszcie domowym.

 


Home Aktualności Raporty Teksty Archiwum Linki Pomoc Galeria