Strona główna O programie Aktualności programu Aktualności Lokalne Lokalne - lubuskie MEDIA - DE(i)MOS, czyli kto się boi podniesionej kurtyny?

Od 1 stycznia 2018 r. strona nie jest aktualizowana.

Tematyka wolności słowa została przeniesiona na stronę główną
Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, dostępną na: www.hfhr.pl

MEDIA - DE(i)MOS, czyli kto się boi podniesionej kurtyny? PDF Drukuj Email
Sobota, 06 Marzec 2010 20:20
Kiedy obraduje rząd, nikt nie może być pewny swego życia ani majątku... Z demokracją w historii jest jak ze słońcem w Irlandii. Bywa. Za mgłą, za chmurami, za chwilę.   Ale bywa. Względnie już była.                                                                                                                                                                                                                                    W piątym wieku przed Chrystusem nie było mediów w obecnym rozumieniu, ale też miejsce, w którym zbierało się ateńskie Zgromadzenie Ludowe, nie było duże, i nawet urządzenia nagłaśniające nie były potrzebne, aby głos przemawiającego słyszany był wszystkim obecnym i głosującym. Zgromadzenie to potrafiło nie zauważać spraw istotnych, a nad błahostkami, bywało, rozwodziło się i debatowało bez końca. W demokracjach tak bywa.
Bo państwo ateńskie, mimo że rasistowskie, militarystyczne i totalitarne, było demokracją. Bardziej nawet niż Republika Południowej Afryki przed zniesieniem apartheidu, jako że demokracją bezpośrednią. Dlatego ci, którzy chcieli rządzić, musieli mieć wpływ na serca i umysły współobywateli. Zwano ich nauczycielami ludu. Po grecku - demagogami...
Republika rzymska nawet nie próbowała udawać demokracji bezpośredniej, jednak obywatelstwo rzymskie dawało przywileje inne niż prawo głosu, dlatego było cenne i pożądane. Tak bardzo, że sprzymierzeńcy Rzymu aż wszczęli wojnę, aby je uzyskać, a Rzymianie zaciekle aż wojowali, by im go nie nadać. Zaś trzy stulecia później cesarz Karakalla edyktem nadał obywatelstwo rzymskie całej prawie wolnej ludności imperium. Dlaczego? Bo właśnie był cesarzem i nie musiał nikogo pytać o zgodę, a są historycy twierdzący, że chodziło o to, by płacących podatki poddanych obciążyć jeszcze podatkiem płaconym przez „obywateli".
Jak zauważył w swej genialnej, jako że zbieżnej z moimi przemyśleniami, „Teorii demokracji" profesor Sartori, nowożytne demokracje opierały się przez czas dość długi na wąskim elektoracie. Zapisane w deklaracjach i konstytucjach prawa człowieka i obywatela przysługiwały wszystkim (tzw. demo-ochrona), ale prawo głosowania (demo-władza) tylko niektórym. Jako że nowożytne parlamenty powstały w celu uchwalania podatków, nawet logiczne było, że wyborcami są ci jedynie, którzy podatki płacą, bo posiadają majątek.
Tak jakoś się złożyło, że powszechne, limitowane jedynie cenzusem wieku prawo wyborcze pojawiło się w tym samym mniej więcej okresie co i podatek dochodowy. Czy zatem opodatkowano pracę najemną, aby nadać ludowi prawo głosowania, czy też dano mu prawo wrzucania kartki do urny, aby opodatkować jego ubóstwo? I któryż to raz rozdaje się coś, co zdążyło się zdewaluować...
Michaił Szołochow powiedział kiedyś o Stalinie i kulcie jednostki, że „był kult, ale była i jednostka". Nie żebym pochwalał dyktatorskie metody, ale, z drugiej strony, czy można poważnie brać państwo, które nie może poradzić sobie z Polskim Związkiem Piłki Nożnej?
Dlaczego nie może? Może nie chce?
Pewnie nawet by chciało, ale nie jest kompetentne. Nie wolno mu po prostu. To bardzo dobrze, jeśli państwo nie jest wszechwładne, ale to bardzo źle, jeśli jest bezsilne wobec zła i patologii. Kiedyś za istotę władztwa państwowego uznawano suwerenność. Obecnie, z racji członkostwa w Unii Europejskiej choćby, suwerenność państwa jest mocno ograniczona. Zaś jeśli porównać suwerenność do dziewictwa, które nie może być ograniczone i albo jest, albo go nie ma, to suwerenności państwa nie ma także. Niewiele od niego zależy, od takiego państwa...
Dlatego, choćby w oczach części tylko ludności, akt wyborczy stał się jedynie sposobem kreowania „elit politycznych". Złośliwi mogliby rzec, że aktem legitymizacji dostępu do stołków i koryt, i niewykluczone, że trochę racji by mieli.
Media nazywane są czwartą władzą. I są władzą rzeczywistą,                                                           
tak samo jak rzeczywistym władcą był Perykles, potrafiący zapanować nad współobywatelami, nad ich sercami oraz umysłami, aby głosowali jak chciał. Jedynym pełnionym przez niego urzędem był urząd stratega, jednego z dziesięciu zresztą, ale o siedemnastu latach w historii Aten pisano i pisze się jako o okresie rządów Peryklesa. Bo rządził emocjami ludu. Cóż innego usiłują robić media?
Usiłują, gdyż one także nie są wszechwładne, nadto reprezentują sprzeczne interesy swoich dysponentów. Choć, niekiedy, potrafią być zadziwiająco solidarne i jednomyślne. Dlaczego tak ochoczo przypięły braciom Kaczyńskim epitet „kaczory", choć przydomek „kaczor" znacznie bardziej pasuje przecież komuś, kto ma na imię DONALD? A może była to „ucieczka do przodu"?
Ubolewanie, iż media nie zajmują się poważną analizą życia politycznego, wydaje mi się nie na miejscu... Są takie, które się zajmują, ale jest ich zdecydowanie mniej. To jak z teatrem, przecież mówi się „scena polityczna"... Zawsze w teatrach grano repertuar poważny, ale też zawsze większą popularnością cieszyły się komedie i farsy.
Natomiast epatowanie aferami... Doniosła rola mediów jako publicznego donosiciela zasługuje na pochwałę, o ile są one, jako całość, obiektywne i bezstronne w donosicielstwie swoim, i rzetelne, ma się rozumieć. W teatrze gra się sztuki przy podniesionej kurtynie, ale o ile ciekawsze rzeczy dziać się potrafią za kulisami?
Demokracja nie jest po to, by rządzili uczciwi i najmądrzejsi. W demokracji, bo tak już nazywajmy to, co jest, na funkcje i stanowiska trafiają ci, którzy chcą bardziej niż inni. A skoro tak bardzo chcą, chcenie to może sprawić, że zlekceważą dobre obyczaje, przyzwoitość lub przepisy prawa.
Jakiś czas temu media krzyczały o zagrożeniu dla demokracji, jakim były rządy PiS-u. (Żadne odkrycie nawiasem mówiąc, bo każdy rząd jest zagrożeniem dla demokracji.) Na fali owej paniki odbyła się hucpa z udziałem Olechowskiego, Wałęsy i Kwaśniewskiego. Andrzej Olechowski stwierdził, że demokracja jest wtedy, gdy stanowiska rządowe piastują ludzie tacy jak on. Wałęsa, że demokracja jest dla bogatych. Zaś Aleksander Kwaśniewski powiedział, iż demokracja polega na tym, że nie można postawić mu zarzutów. Prokuratura znaczy nie może...
To że każdy z wymienionych powiedział co powiedział, to zrozumiałe. Zabrakło mi jednak, może nie zauważyłem tylko, jakiegoś ogólnopolskiego popularnego medium, w którym ktoś powiedziałby ludowi i przypomniał politykom, że demokracja jest nie tylko dla bogatych, i że jest właśnie po to, by można było postawić zarzuty byłemu prezydentowi, jeśli są podstawy i postawić go przed sądem, i skazać, jeśli wina zostanie mu dowiedziona. Bo demokracja jest właśnie po to, aby nikt nie był bezkarny, jeśli uległ pokusie i nadużył władzy w czasie sprawowania urzędu. O co zadbać mają następcy na urzędzie. Lub opozycja. Lub...
I to właśnie miałbym mediom do zarzucenia.
Źródło: Puls, marzec 2010, red. Adam Skorb
 
pomorskie zachodniopomorskie warmińsko-mazurskie podlaskie mazowieckie kujawsko-pomorskie lubuskie wielkopolskie łódzkie dolnośląskie opolskie śląskie świętokrzyskie małopolskie podkarpackie lubelskie