| Adam Bodnar w "Gazecie Wyborczej" |
|
|
|
| poniedziałek, 07 stycznia 2008 22:17 | |||
Adam Bodnar w "Gazecie Wyborczej"Polsce nie jest potrzebny nowy spór ideologiczny o dopuszczalność aborcji. Potrzebne jest jasne określenie procedur pozwalających przerwać ciążę, gdy prawo na to zezwala - pisze dr Adam Bodnar w "Gazecie Wyborczej" z 7 stycznia 2008 r.
W ostatnich dniach rzecznik praw obywatelskich oznajmił, że rozważa
skierowanie do Trybunału Konstytucyjnego wniosku o kontrolę niektórych
przepisów tzw. ustawy antyaborcyjnej.
Złe prawo czy zła praktyka? By ocenić tę inicjatywę, należy najpierw zdefiniować, na czym polega sedno problemu związanego z aborcją w Polsce - tym bardziej, że często trudno oprzeć się wrażeniu, iż w przestrzeni publicznej jest on słabo rozumiany. W tym celu należy rozdzielić dwie sfery - stosowania prawa i stanowienia prawa. Złe stosowanie prawa polega w Polsce na tym, że choć kobiety mają prawo przerwać ciążę w pewnych szczególnych sytuacjach, nie mogą korzystać z tego uprawnienia. Przyczyn jest wiele - od niewłaściwego stosowania przez lekarzy klauzuli sumienia (powołując się na nią, nie kierują kobiety do innego lekarza), poprzez ograniczanie dostępu do badań prenatalnych (sprawa Wojnarowskich), aż po strach lekarzy przed wyrażeniem zgody na aborcję ze względu na grożącą im odpowiedzialność karną. W konsekwencji kobiety nie mogą przerywać ciąży, kiedy mają do tego prawo - chyba że skorzystają z usług podziemia aborcyjnego lub turystyki aborcyjnej. Prawo nie odpowiada na powyższy problem społeczny - nie tworzy procedur, które zapewniałyby kobietom rzetelne i terminowe rozsądzenie ich racji, ocenę ich sytuacji zdrowotnej czy stanu zdrowia płodu. Kobiety pozbawione są możliwości przerwania ciąży, nawet jeśli wypełnione są przesłanki z ustawy antyaborcyjnej pozwalające dokonać tego zabiegu. Na tę właśnie niedoskonałość polskiego prawa zwrócił uwagę Europejski Trybunał Praw Człowieka w sprawie Alicji Tysiąc. Powstaje pytanie, co w tej sytuacji powinien zrobić Rzecznik Praw Obywatelskich. Odpowiedź jest jasna. W zakresie swoich kompetencji powinien skłonić organy państwa do zapobiegania złemu stosowaniu prawa. Poprzez swoje interwencje i działania monitoringowe może badać skalę problemu i jego przyczyny. Powinien także działać na rzecz zmiany niedoskonałego prawa - np. poprzez wezwanie ministra zdrowia do przygotowania odpowiednich zmian ustawowych, które wprowadzą procedurę dochodzenia uprawnień z ustawy antyaborcyjnej. Tego właśnie oczekuje od nas Trybunał w Strasburgu. Rozważanie przez RPO skierowania wniosku do TK świadczyć może o niewłaściwej diagnozie sytuacji. Problem nie tkwi bowiem w samej ustawie antyaborcyjnej (nie dotyczy kwestii: w jakich sytuacjach aborcja jest dozwolona), ale w sferze stosowania prawa i tworzenia procedur zapobiegających nadużyciom. Choć ewentualny wniosek do TK opierałby się na zakwestionowaniu poprawności legislacyjnej (brak precyzji przepisów), to jednak w istocie oddziaływałby na politykę prawną i zakres uprawnień obywateli. W tej dziedzinie RPO powinien być szczególnie ostrożny. Każde wykraczanie poza rolę konstytucyjną naraża RPO w oczach opinii publicznej na zarzuty obniżające rangę instytucji, jej autorytet i niezależność. Jeśli RPO staje się graczem politycznym, to w mniejszym stopniu może strzec praw i wolności jednostki. Pojęcia niedookreślone Ustawa antyaborcyjna, jak wiele innych aktów prawnych, posługuje się pojęciami niedookreślonymi. Takim pojęciem jest m.in. "zagrożenie (...) dla zdrowia kobiety ciężarnej", będące przedmiotem ewentualnego wniosku RPO do TK. Na gruncie konstytucyjnym kwestionowanie takich pojęć jest i rzadkie, i trudne, gdyż oznacza podważenie kompetencji ustawodawcy, który w sposób naturalny musi się posługiwać takimi pojęciami. Dlatego też w praktyce pojęcia niedookreślone są zaskarżane do TK, kiedy ich stosowanie w praktyce powoduje problemy nieprzewidziane przez ustawodawcę i niepożądane przez społeczeństwo. Takim problemem potencjalnie mogłaby być zbyt liberalna polityka udzielania zgód na aborcję przy powoływaniu się na przesłankę "zagrożenia dla zdrowia" (jak to niedawno miało miejsce w Hiszpanii). Ale w Polsce jest wręcz odwrotnie - i ustawa, i praktyka jej stosowania są rygorystyczne. Według ostatniego sprawozdania rządu w 2006 r. z powodu zagrożenia dla życia lub zdrowia kobiety wykonano zaledwie 82 zabiegi przerwania ciąży. Trybunał Konstytucyjny wielokrotnie wskazywał, że w prawie nie da się uniknąć pojęć niedookreślonych. Skoro jednak ustawodawca wprowadza takie pojęcia, to powinna istnieć odpowiednia procedura gwarantująca właściwe ich używanie przez organa podejmujące decyzje na ich podstawie. Trybunał w Strasburgu w sprawie Alicji Tysiąc uznał, że w Polsce obecnie obowiązujące procedury legalnej aborcji byłyby dobre, gdyby nie panujący spór ideologiczny. Problemem jest zatem udoskonalenie tych procedur, a nie zmiana czy precyzowanie przesłanek, kiedy aborcja jest dopuszczalna. W wielu państwach, w których panują podobne spory co w Polsce, działania władz zmierzają właśnie w kierunku tworzenia odpowiednich procedur. Obejmują one m.in. obowiązek skorzystania z autoryzowanych przez państwo instytucji doradczych, wprowadzenie okresów "karencji" między udzieleniem porady a dokonaniem zabiegu przerwania ciąży, czy wprowadzanie komisji medycznych oceniających przesłanki przerwania ciąży. Zanim więc rzecznik praw obywatelskich skieruje swój wniosek do Trybunału Konstytucyjnego, niech się raz jeszcze zastanowi nad zasadnością takiego działania. Istnieje ryzyko, że debata publiczna na temat aborcji znów będzie dotyczyć kwestii abstrakcyjnych, na temat których żadna ze stron sporu tak naprawdę dyskutować nie chce. Jednocześnie na plan dalszy odsunięte zostanie rozwiązanie realnego problemu - stworzenia rzetelnych i przejrzystych procedur legalnego przerywania ciąży. *Adam Bodnar - adiunkt w Zakładzie Praw Człowieka Wydziału Prawa i Administracji UW, koordynator "Programu spraw precedensowych" w Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. Wszystkie poglądy wyrażone w artykule są prywatnymi poglądami autora
Źródło: Gazeta Wyborcza
|







