| Artykuł K. Sobczaka na temat skargi konstytucyjnej w sprawie lekarskich postępowań dyscyplinarnych |
|
|
|
| czwartek, 10 sierpnia 2006 01:00 | |||
Artykuł K. Sobczaka na temat skargi konstytucyjnej w sprawie lekarskich postępowań dyscyplinarnych
W wydaniu Rzeczpospolitej z dnia 9 sierpnia 2006 r. ukazał się artykuł Krzysztofa Sobczaka pt. "Helsińska Fundacja Praw Człowieka krytykuje zasady postępowań dyscyplinarnych. Lekarska Temida przed Trybunał Konstytucyjny".
Cytujemy artykuł: "Zwykli ludzie nie rozumieją, jak można przez 1826 dni nie wyjaśnić, czy lekarz powinien wysłać pacjentkę na badania. Sądy korporacji zawodowych nie dochowują zasad rzetelnego procesu. Helsińska Fundacja Praw Człowieka zabiega o zmianę przepisów regulujących ich pracę, a w sprawie lekarskiego sądownictwa dyscyplinarnego wnosi skargę do Trybunału Konstytucyjnego. Bezpośrednią jej podstawą jest przypadek Barbary Wojnarowskiej z Łomży, która przez pięć lat nie mogła doczekać się rozpatrzenia jej skargi na lekarza, a na końcu dowiedziała się, że sprawa uległa przedawnieniu. Lekarz odmówił skierowania Wojnarowskiej na badania prenatalne, mimo iż pacjentka, która urodziła już jedno dziecko z wadami genetycznymi, sugerowała taką możliwość w przypadku następnej ciąży. Nie wiemy na pewno, czy podstawą odmowy był światopogląd lekarza, czy tylko przyczyny organizacyjno-formalne. W każdym razie badań nie wykonano. Dziecko urodziło się z wadami. Rodzice wystąpili na drodze cywilnej o odszkodowanie od szpitala i, po przejściu całej drogi aż po Sąd Najwyższy, w ubiegłym roku sprawę wygrali. Wprawdzie nie dostali jeszcze pieniędzy, ale uzyskali przynajmniej potwierdzenie, że do błędu doszło i za jego skutki należy się rekompensata. Znacznie gorzej poszło im natomiast w sądach lekarskich. Zgodnie z art. 17 konstytucji zawody zaufania publicznego mogą tworzyć samorządy reprezentujące je i sprawujące pieczę nad należytym ich wykonywaniem w granicach interesu publicznego i dla jego ochrony. Ponieważ lekarze są do tej grupy zaliczani, na podstawie specjalnej ustawy mają samorząd oraz działające w jego ramach sądy dyscyplinarne i rzeczników odpowiedzialności zawodowej. Właśnie do takiego rzecznika Barbara Wojnarowska skierowała w 1999 r. skargę na lekarza. Postępowanie miało wyjaśnić, czy odmawiając skierowania na badania, złamał on zasady etyki lekarskiej. Sąd powszechny uznał odpowiedzialność szpitala i to on, czyli państwo, zapłaci odszkodowanie. Sąd lekarski miał orzec o winie lekarza i wymierzyć mu ewentualnie karę o charakterze zawodowym. Lekarski wymiar sprawiedliwości niczego jednak w tym przypadku nie orzekł, a całe pięć lat zajęła mu wewnętrzna korespondencja. Postępowanie wyjaśniające prowadzone było w sposób przewlekły, a często nawet pozorowany. Naczelny rzecznik odpowiedzialności zawodowej dwukrotnie je umarzał, dwukrotnie też Naczelny Sąd Lekarski nie przyjmował tego do wiadomości i nakazywał wznowienie sprawy. Za trzecim razem rzecznik nawet nie musiał się już tłumaczyć, bo minęło pięć lat i sprawa uległa przedawnieniu. Wojnarowska nie dowiedziała się więc, czy lekarz naruszył jakieś zasady. Pięć lat to mało? Ten właśnie zarzut, zbyt krótkiego okresu przedawnienia, stawiany jest w skardze konstytucyjnej jako naruszenie wynikającego z art. 45 konstytucji prawa do sprawiedliwego i jawnego rozpatrzenia sprawy bez uzasadnionej zwłoki przez właściwy, niezależny, bezstronny i niezawisły sąd. Autor skargi profesor i adwokat Zbigniew Hołda twierdzi, że powinien w tym przypadku mieć zastosowanie przyjęty w prawie karnym dziesięcioletni okres przedawnienia. Oprócz braku spójności z przepisami kodeksu karnego i kodeksu postępowania karnego pięcioletni okres przedawnienia jest zbyt krótki w kontekście praktyki działania organów samorządu lekarskiego. Umożliwia on, a może nawet prowokuje, prowadzenie postępowania w sposób pozorny, chroniący w istocie interesy i dobre imię obwinionego lekarza. Tak właśnie było w omawianej sprawie. Rzecznik pisał do sądu, sąd do rzecznika, przerwa między jednym pismem a drugim dochodziła nawet do roku, a tymczasem nie podejmowano żadnych czynności. Aż minęło pięć lat i lekarz ma spokój, a samorząd może zapomnieć o kłopotliwej sprawie. 1826 dni pozorowania Wytrawni prawnicy wieść będą zapewne przed Trybunałem spór, czy ważniejsze jest pięć lat z ustawy lekarskiej, czy dziesięć z kodeksu karnego. Natomiast zwykli ludzie i tak nie zrozumieją, jak można przez 1826 dni nie wyjaśnić, czy lekarz powinien wysłać pacjentkę na badania. Jeśli można tego skutecznie unikać przez taki okres, to dlaczego nie przez dwa razy dłuższy? Zresztą sam prof. Hołda pokazuje, gdzie pies jest pogrzebany. Pięcioletnie pozorowane śledztwo było możliwe, ponieważ ustawa o izbach lekarskich i dotyczące odpowiedzialności zawodowej lekarzy rozporządzenie ministra zdrowia pozwalają na wielokrotne i niczym nieograniczone przedłużanie teoretycznie trzymiesięcznego terminu na zakończenie postępowania wyjaśniającego. Według autora skargi organy samorządu lekarskiego, posługując się tymi przepisami, mogą skutecznie chronić członków samorządu lekarskiego przed odpowiedzialnością. Dużo błędów, mało skarg Istnienie takiego niebezpieczeństwa potwierdzać mogą dostępne statystyki. Według danych zbieranych przez Stowarzyszenie Pacjentów Primum Non Nocere każdego roku dochodzi w Polsce do 20 - 30 tys. błędów lekarskich, z czego tylko jedna dziesiąta przypadków trafia w formie skarg do izb lekarskich. Niemal 90 proc. spraw jest umarzanych, a z tych rozpatrywanych przez sądy lekarskie także w niespełna co dziesiątej dochodzi do ukarania lekarza. Tak niewiele rzeczywistych błędów czy tak mała skuteczność tego lekarskiego wymiaru sprawiedliwości? Zdaniem prezesa stowarzyszenia Adama Sandauera nie należy niczego więcej oczekiwać, jeśli o winie mają decydować koledzy obwinionego. Słaby status pokrzywdzonego Autorzy skargi konstytucyjnej wskazują też na inne słabości przepisów określających zasady funkcjonowania sądów dyscyplinarnych lekarzy. Za sprzeczne z konstytucją uważają m.in. ograniczenie jawności postępowania przed sądem lekarskim. Ich zdaniem to, że na posiedzenia nie jest zapraszany skarżący, a wyroki ogłaszane są tylko w obecności członków korporacji, uniemożliwia jakąkolwiek kontrolę społeczną nad toczącym się procesem. Trybunał będzie też musiał ocenić, czy zgodny z konstytucją jest status pokrzywdzonego, który w postępowaniu przed sądem lekarskim nie jest stroną i ma bardzo wąski, niewystarczający dla skutecznej ochrony swoich praw zakres uprawnień. Zmiany konieczne Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej nadała samorządom zawodów zaufania publicznego specjalny status, uprawniający je nie tylko do rozwiązywania środowiskowych problemów, lecz także do rozstrzygania sporów ich członków z klientami. Przypadek, który stał się podstawą skargi konstytucyjnej, ma jednostkowy wymiar, ale ilustruje też szersze zjawisko. Dotyczy ono zresztą nie tylko lekarzy, lecz także m.in. samorządów zawodów prawniczych. Helsińska Fundacja Praw Człowieka postanowiła więc wystąpić do rządu i parlamentu o podjęcie działań legislacyjnych, które dostosowałyby korporacyjne postępowania dyscyplinarne do porządku konstytucyjnego. Nie od rzeczy by było, gdyby same samorządy włączyły się też do dyskusji na ten temat, by uprzedzić ewentualne działania w stylu Aleksandra Wielkiego i "węzła gordyjskiego". Dla lekarzy pouczające mogą być zmiany, jakim Ministerstwo Sprawiedliwości chce poddać postępowania dyscyplinarne dla prawników. Protesty korporacji przeciwko upaństwowieniu tego sądownictwa pozostały bez echa."
|







