| "Gazeta Wyborcza": Urbański zapłaci za Wildsteina |
|
|
|
| środa, 11 czerwca 2008 21:17 | |||
"Gazeta Wyborcza": Urbański zapłaci za WildsteinaTVP przeprosi znaną dokumentalistkę Agnieszkę Arnold i zapłaci jej 25 tys. zadośćuczynienia za "błędną i jednostronną" ocenę jej filmu "Przebaczenie" o konflikcie polsko-ukraińskim na Wołyniu
- To powinien być dzwonek alarmowy dla tych, którzy stawiają znak równości między zatrudnieniem w TVP a dyspozycyjnością - mówi "Gazecie" Arnold.
- Co ugoda oznacza dla TVP? - pytamy. - Pewnie nic. Uważam, że wiedzieli, że przegrają proces. Papier jest cierpliwy, pieniądze są państwowe. Nie wierzę, że to jest znak zmian w telewizji, choć mówiono mi, że prezes Andrzej Urbański akceptował tę ugodę - odpowiada Arnold. Ugoda przywraca jej dobre imię. Czy odblokuje możliwość prezentacji filmów w TVP? - Pokazywanie filmów dotykających trudnych spraw jest istotą misji telewizji - odpowiada dokumentalistka. Dwa tygodnie temu z półki zdjęty został jej film o ks. Adamie Bonieckim (Arnold ironizuje: "Wyemitowny o godz. 27.15"), leży jeszcze na niej "Bunt Janion" z 2005 r. Arnold nigdy nie bała się trudnych tematów, przeciwnie, szukała ich. Jest autorką ok. 20 dokumentów, w tym głośnych "Sąsiadów" o mordzie Żydów w Jedwabnem. Przed dwoma laty przygotował dwuczęściowy cykl na temat zbrodni na Wołyniu podczas II wojny światowej. Pierwsza część - "Oczyszczenie" - przedstawiała tę historię z polskiego punktu widzenia. Druga - "Przebaczenie" - od strony ukraińskiej. Arnold pokazała dylematy nacjonalistów ukraińskich, genezę ich sojuszu z Niemcami i kapitulację wobec Rosjan. Dyptyk miał znakomite recenzje historyków, ale po emisji "Przebaczenia" polskie Towarzystwo Miłośników Wołynia i Podlasia zarzuciło autorce, że był jednostronny. Na Woronicza rządził Bronisław Wildstein. 20 grudnia 2006 r. Komisja Etyki TVP bez wysłuchania autorki orzekła: • że jest nierzetelna, bo nie przestawiła racji obu stron konfliktu, • i antypolska, bo przemilczała zbrodnie na polskiej ludności Wołynia. - To był jedynie pretekst, nie chodziło tylko o ten film, ale o to, żebym przestała istnieć w TVP jako dokumentalistka. Obiecał mi to pewien dyrektor programowy, mówiąc, że "zapłaci" mi za "Sąsiadów". Czekano na moment, kiedy można we mnie uderzyć. Ten moment przyszedł, gdy prezesem TVP został pan Wildstein - mówi reżyserka. Werdykt komisji etyki w praktyce oznaczał dla Arnold bezrobocie. - Korzystałam z usług pewnego rzemieślnika - wspomina dokumentalistka. - Gdy dałam mu wizytówkę, powiedział: "O, to pani zrobiła "Sąsiadów", to pani jest odważna". Opowiedział mi pewną historię o nieznanych zbrodniach UB, skierował do ludzi. Ale za dwa dni, gdy miałam już umówione rozmowy, usłyszałam: "Nie będzie spotkania, wnuczek sprawdził panią w internecie, nie jest pani wiarygodna". To bolało najbardziej. Po roku bezsilnego korespondowania z TVP Arnold złożyła pozew w sądzie, domagając się przeprosin i zadośćuczynienia. Wsparła ją Fundacja Helsińska i Anna Niżankowska - adwokat pro bono. Do procesu nie doszło. Wczoraj TVP zgodziła się na ugodę: przeprosiny na łamach "Rzeczpospolitej" i stronach internetowych TVP, zdjęcie z tych stron orzeczenia Komisji Etyki lub dołączenie do niego treści przeprosin. Plus 25 tys. zadośćuczynienia (pozew mówił o 50 tys. zł). - Jak opowiedziałaby pani historię tej sprawy? - pytamy. - To rzecz o mentalności homo sovieticus, o peerelowskim rozumieniu władzy, które reprezentowali ci panowie - odpowiada. Agnieszka Arnold wróci teraz do "Phuri-daj" - filmu o Alfredzie Markowskiej, Romce, która w czasie wojny ratowała żydowskie i romskie dzieci.
Źródło: Gazeta Wyborcza
|







