| "Rzeczpospolita": Redaktorzy naczelni odmawiający publikacji sprostowań to nie przestępcy |
|
|
|
| poniedziałek, 01 października 2007 11:58 | |||||||||||||
"Rzeczpospolita": Redaktorzy naczelni odmawiający publikacji sprostowań to nie przestępcy
Sankcje
karne dla redaktorów naczelnych za odmowę publikacji sprostowań to
przeżytek - lepiej rozwinąć odpowiedzialność cywilną - tak uznała
większość panelistów. Innego zdania był rzecznik praw obywatelskich.
Uważa on, że taka odpowiedzialność szefów redakcji jest konieczna,
ponieważ media mają znaczną przewagę nad osobą, która domaga się
sprostowania
W piątek w naszej redakcji odbyła się debata "Odpowiedzialność karna za odmowę publikacji sprostowań i odpowiedzi jako naruszenie standardów wolności prasy". Zorganizowaliśmy ją wspólnie z Izbą Wydawców Prasy i Helsińską Fundacją Praw Człowieka. W dyskusji wzięli udział zarówno przedstawiciele mediów, jak i adwokatury, sądownictwa oraz nauki. Stare prawo, ale prawoObowiązujące od 27 lat prawo prasowe stanowi, że redaktor naczelny ma obowiązek opublikować sprostowanie informacji nieprawdziwej lub nieścisłej (jeśli jest rzeczowe i odnosi się do faktów), podobnie - musi zamieścić na łamach swojej gazety rzeczową odpowiedź na stwierdzenie zagrażające dobrom osobistym. Może odmówić publikacji m.in. wówczas, gdy sprostowanie nie spełnia warunku rzeczowości albo narusza dobra innych osób. Redaktorowi naczelnemu, który uchyla się od tego obowiązku, grozi odpowiedzialność karna - grzywna albo ograniczenie wolności. Oprócz tego istnieje, rzecz jasna, odpowiedzialność cywilna za naruszenie dóbr osobistych - np. dobrego imienia. Ta zwykle oznacza konieczność zapłaty zadośćuczynienia. - Zostałem skazany na grzywnę - mówił Jarosław Sroka, redaktor naczelny "Gazety Prawnej" -za nieopublikowanie sprostowania w "Pulsie Biznesu", kiedy jeszcze kierowałem tą gazetą. Potraktowano mnie jak przestępcę: zdjęto odciski palców, zrobiono zdjęcia. To właśnie kazus Sroki stał się podstawą wystąpienia rzecznika praw obywatelskich z wnioskiem do Trybunału Konstytucyjnego (patrz ramka). Sprawa trafi też wkrótce do Strasburga. To jednak niejedyny redaktor naczelny, przeciwko któremu toczyły się takie postępowania. Przykładowo - za publikacje dotyczące SKOK pozwany został Jerzy Baczyński, naczelny "Polityki", i Adam Michnik, naczelny "Gazety Wyborczej". Sprostowanie do poprawkiRedaktor naczelny ma obowiązek opublikowania "rzeczowego i odnoszącego się do faktów" sprostowania wiadomości nieprawdziwych lub nieścisłych. - Niestety, większość sprostowań zawiera informacje nieprawdziwe bądź nienadające się do weryfikacji. Zważywszy, że za nieopublikowanie grozi sankcja karna, a redaktor naczelny może być uznany za przestępcę, jest to wyjątkowo niekomfortowa sytuacja, zagrażająca wolnym mediom i wolności słowa -uważa Jerzy Baczyński. - Winna jest tu także rozszerzająca interpretacja przesłanek sprostowania stosowana przez sądy. Uznają one, że sprostowanie nie musi być zgodne z prawdą, że wystarczy subiektywny punkt widzenia przysyłającego sprostowanie. Takie praktyki Temidy są nie tylko kosztowne dla prasy (sprostowanie musiałoby nieraz zajmować więcej miejsca niż tekst), ale często obniżają jej wiarygodność - z powodu niskiego poziomu sprostowań. Te bowiem mają często świadomie rozległą i mętną formę. - Czuję się jak saper, gdy doradzam w sprawach sprostowań - wskazuje Jacek Kondracki, adwokat (doradza też "Rz"). - Konia z rzędem temu, kto wie, jak oceniać, czy sprostowanie jest "rzeczowe" - spór zostaje często rozstrzygnięty dopiero przed Sądem Najwyższym . Niezbędne są też jasne kryteria zamieszczania sprostowania, zwłaszcza gdy za jego nieopublikowanie redaktorowi naczelnemu grozi odpowiedzialność karna. Silni kontra słabi- Moja diagnoza jest przeciwna - powiedział dr Janusz Kochanowski, rzecznik praw obywatelskich. - Opublikowanie sprostowania nawet dla mnie, prawnika z określoną pozycją, a teraz rzecznika, jest prawie nieosiągalne. Istnieje wielka dysproporcja między możliwościami jednostki a siłą mediów, które często wspierają renomowani prawnicy. Wolność mediów nie jest dla nich bonusem, ale ma służyć temu, by prawo do informacji i prawdy było zagwarantowane. Jednostka, której dobra zostały naruszone, ma prawo do repliki. Nie jest też prawdą, że to prostujący decyduje, co jest prawdą, a co nie. Decyduje o tym redaktor naczelny. Według rzecznika odpowiedzialność karna redaktorów naczelnych jest konieczna, gdyż cywilna funkcjonuje kiepsko. - Prostujący nie jest bezbronny - może tak było na początku lat 90. Przeważającą część sprostowań piszą adwokaci, nieraz potężne korporacje prawnicze - replikował mec. Kondracki. Nie każdy widzi to samo- To samo zdarzenie może być różnie oceniane przez różne osoby, decydują nie tylko ich interesy, ale też doświadczenia - wskazał prof. Andrzej Rzepliński z Fundacji Helsińskiej. - Prawo do sprostowania obejmuje zaś nie tylko odniesienie się do faktów, ale także do kontekstu. Dlatego często nieuchronny jest konflikt. Przykładowo, długie sprostowanie nie musi świadczyć o złej woli, ale o próbie pełnego - subiektywnego - wyjaśnienia. Wszyscy paneliści byli zgodni, że taka czy inna forma sprostowania jest niezbędna. Osoba dotknięta publikacją musi mieć bowiem narzędzie ochrony swych racji i dobrego imienia. - Chodzi jednak o to - wskazał Paweł Lisicki, redaktor naczelny "Rz" -aby zbyt częste, nadużywane sprostowania nie godziły w wolność słowa i w prawdę. Mecenas dr Bogudar Kordasiewicz, znany specjalista od prawa prasowego, zaprezentował dwa sprawne modele sprostowań istniejące w Europie. Niemiecki - tam prostuje się tylko fakty bez komentowania czy repliki, i francuski - tam sprostowanie może być też polemiką z publikacją, ale i redakcja ma prawo je skomentować. W Polsce przyjęto niestety model mieszany, niekonsekwentny. Samo słowo "sprostowanie" nie jest najlepsze i w języku polskim ma wydźwięk pejoratywny. Nic więc dziwnego, że wiele redakcji broni się przed nim, a jeśli już publikuje, to nazywa je "odpowiedzią", "reakcją" czy "wyjaśnieniem". Zrezygnowanie z tej etykietki usprawniłoby zapewne nie tylko pracę dziennikarską, ale też relacje czytelników z mediami. Szybka ścieżka sądowaTak czy inaczej, obecne przepisy wymagają zmian - na pewno rezygnacji z sankcji karnych. Co w zamian? Zostaje proces cywilny. - Szybkie postępowania sądowe i zabezpieczenie na czas procesu - proponuje mec. Maciej Ślusarek. Przypomnijmy jednak, że takie tymczasowe zabezpieczenie (np. zakaz publikowania pewnych informacji) może trwać latami, poza tym zakazy mają skutki tylko na przyszłość. Jak "naprawiać" już opublikowane informacje? - Szybka ścieżka sądowa na wzór procesów wyborczych, gdzie sąd ma 24 godziny na rozpatrzenie sprawy - proponuje adwokat Jerzy Naumann. - Na razie trzeba sięgać po regulatory inne niż prawo - zdrowy rozsądek i dobrą wolę wszystkich uczestników prasowych sporów.
EWA USOWICZ, MAREK DOMAGALSKI
"Rzeczpospolita", 29.09.2007, nr 228
|












