Powiedzieli o PSP Drukuj
poniedziałek, 23 lipca 2007 09:17

Prof. Wiktor Osiatyński o PSP

"Brakujące ogniwo demokratycznego państwa prawnego"

 

Program Spraw Precedensowych wypełnił dotkliwą lukę w młodej polskiej demokracji. Ma on znaczenie nie tylko dla demokracji, dla państwa prawa i kultury prawnej, ale również dla społeczeństwa obywatelskiego w Polsce. W demokracji społeczeństwo realizuje swoje cele publiczne, czyli takie, które wymagają współdziałania władzy, dwiema drogami. Jedną jest droga polityczna, poprzez wybory reprezentantów, którzy później podejmują decyzje dotyczące ustalania powszechnie obowiązujących norm postępowania oraz podziału zasobów budżetowych. Drugą drogą są środki prawne. Korzystając z przysługujących ludziom praw i wolności, społeczeństwo może się samoorganizować, wypowiadać i manifestować swoje poglądy, prowadzić działalność gospodarczą, kulturalną i społeczną.

Korzystając z prawa społeczeństwo może się również bronić - także przed zagrożeniami ze strony władzy i urzędników, gdyby ci nadużyli swoich uprawnień lub zaniedbywali swoje obowiązki. Na drodze prawnej można też kontrolować działania urzędników w okresach między wyborami, gdy mechanizmy polityczne są niezbyt skuteczne. To właśnie odpowiednio stosowane prawo chroni demokrację przed wynaturzeniem się w nieograniczone i nieskrępowane rządy większości bądź większościowe dyktatury. Historia zna takie dyktatury. Współczesność nie jest wolna od podobnych zagrożeń. Pozwala ich uniknąć demokracja pod rządami państwa prawa, zwana też demokracją konstytucyjną. W takiej demokracji władza jest ograniczona konstytucją i chronionymi przez nią prawami, przysługującymi społeczeństwu, mniejszościom i każdemu człowiekowi. Na uznaniu i ochronie tych praw polegała tak zwana „rewolucja praw człowieka", która w drugiej połowie XX wieku odmieniła stosunki między władzą a społeczeństwem - najpierw w Europie zachodniej i w Stanach Zjednoczonych, a później także w innych krajach.

Przez wiele lat sądzono, że do sukcesu demokratycznych rządów prawa potrzebne są trzy elementy. Konstytucja i inne przepisy afirmujące prawa, świadoma decyzja obrony tych praw przez niezawisłe sądy oraz przemiana świadomości społecznej, która wpływała na postawę sądów. Rasizm musiał wpierw utracić poparcie społeczne, by Sąd Najwyższy USA zdecydował się zdelegalizować segregację. Jednakże bardziej wnikliwa obserwacja pokazuje, że te trzy elementy są konieczne, ale nie wystarczające do „rewolucji praw". Okazało się, że potrzebny jest również dostęp do sądów.

Postępowania sądowe są wieloinstancyjne, a więc długie. Wymagając specjalnych umiejętności są one kosztowne. Stać na nie bogatych i możnych, ale nie biednych, dyskryminowanych, upośledzonych czy wykluczonych. Po to, by i oni mogli korzystać z prawa, niezbędne są instytucje prawa na rzecz interesu publicznego lub społecznego. Są to instytucje darmowej pomocy prawnej, poradnie i kliniki uniwersyteckie, świadczące najszerzej rozumianą pomoc prawną. Dzięki niej pojedynczy ludzie mają szansę znaleźć drogę do sądu i stawić czoła przeciwnikom procesowym.

Ale sam dostęp do sądów i pomoc prawna nie zmieniają prawa. Nie wymuszają jego respektowania czy wykorzystywania w interesie społecznym.To wymaga szerszych działań, często wykraczających poza jedną sprawę. Dostrzeżenia, co w aktualnie obowiązującym prawie lub w jego interpretacji stanowi zagrożenie dla interesu publicznego,oraz wymyślenia strategii, by korzystając z odpowiednio dobranych instrumentów prawnych wymusić zmiany. Nazywa się to litygacją strategiczną. To właśnie dzięki niej w Stanach Zjednoczonych Sąd Najwyższy zdelegalizował segregację rasową w 1954 r., a przed kilku laty uznał prawa osób upośledzonych umysłowo. W obu przypadkach procesy, świadomie prowadzone w tym kierunku trwały ponad 30 lat. Takich spraw nie przeprowadzi jeden człowiek, korzystając nawet z najlepszych adwokatów. Prowadzą je wyspecjalizowane prawne organizacje pozarządowe, zajmujące się odpowiednim doborem spraw, które mogą zmienić rzeczywistość. Program Spraw Precedensowych Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka zapoczątkował takie działania w Polsce. Możliwość prowadzenia spraw precedensowych i ich skuteczność zależą od szerszego systemu prawa. Nie są one możliwe, gdy sądy są podporządkowane władzy wykonawczej. Nie są też możliwe, gdy nie ma jasnych standardów konstytucyjnych oraz mechanizmów ich egzekwowania.

Możliwości te zwiększają się niepomiernie, gdy istnieje skuteczne sądownictwo konstytucyjne i administracyjne oraz dostęp do międzynarodowych sądów i trybunałów. Takie możliwości od kilkunastu lat u nas istnieją i Program Spraw Precedensowych z nich korzysta.

Skuteczna litygacja strategiczna wymaga jednak czegoś więcej. Wymaga uznania społecznego jako niezbędna instytucja demokracji konstytucyjnej. To z kolei sugeruje zmianę samej teorii demokracji, która obecnie kładzie główny nacisk na legitymizację rządzących w drodze wyborów. Toteż teoria demokracji już dawno uznała za konieczne istnienie instytucji pośredniczących między wyborcami a organami władzy, jakimi są partie polityczne. Partie, które przecież nie są organem władzy ani nie są samorzutnym tworem społeczeństwa obywatelskiego, mają zakorzenienie konstytucyjne, a w wielu krajach są wręcz finansowane z budżetu. W demokracji konstytucyjnej taką samą rolę powinny odgrywać instytucje pośredniczące między obywatelami a sądami, trybunałami i innymi instytucjami wobec których stajemy, korzystając z mechanizmów prawnych. Organizacje prawne na rzecz interesu społecznego muszą zostać uznane za niezbędny element demokratycznego państwa prawnego, bo bez nich nigdy nie będzie równego dostępu do prawa.

Wierzę, że efekty działania Programu Spraw Precedensowych będą umacniać takie przekonanie w polskim społeczeństwie.

 

Prof. Andrzej Rzepliński o PSP

"O Programie działań na rzecz umiarkowanego postępu w granicach praw podstawowych"

 

Myślę, że większość ludzi w każdym państwie pragnęłoby żyć w systemie, w którym rządzą partie umiarkowanego postępu działające w granicach prawa. Umiarkowanie zakłada, że w pomysłach na zarządzanie sprawami publicznymi w skali kraju i w skali lokalnej jest miejsce dla każdego i każdej grupy ludzi i że nikt, mimo przywiązania do swojego zdania, nie będzie rościł sobie pretensji do monopolu na rację, do wykluczania i do oznaczania innych nie jako konkurentów ale jako wrogów. Umiarkowaność postępu spraw publicznych zakłada, że aktorzy życia publicznego przyjmują za pewnik, iż nie ma instytucji, mechanizmu, procedury, sprawy, która nie mogła być lepiej skonstruowana czy załatwiona. Przyjmują jednak także za pewnik, iż propozycje zmian będą ostrożnie badane, a argumenty za i przeciw starannie wyważane. Podzielają powszechnie również przekonanie, iż w polityce potężny krok do przodu wykonuje się tylko gdy nie można inaczej pozbyć się nieludzkiej tyranii, a poza tym radykalizm w polityce jest z reguły potężnym krokiem w kierunku przepaści i dlatego należy go unikać. Zgadzają się także z tym, że umiarkowany postęp może polegać również na przywiązaniu w konkretnej sprawie do sprawdzonego wcześniej wzoru.

Jak uczy długiedoświadczenie zachodnioeuropejskich społeczeństw w umiarkowany postęp może dziać się tylko w granicach prawa. W tych granicach o ostatecznym rozstrzygnięciu decyduje przyjęte wcześniej prawo a nie aktualny interes, kaprys czy najwyższa wola urzędnika, policjanta czy polityka. W kwestiach dotyczących zaś bezpośrednio człowieka granice te ulegają dodatkowemu zawężeniu. Organy władzy mogą poruszać się wyłącznie w ramach wyznaczonych przez kilkanaście praw podstawowych potwierdzonych w prawie zwyczajowym narodów cywilizowanych, w konstytucji i ratyfikowanych umowach międzynarodowych.

Czym jest prawo dla danej sprawy, dla danego stanu faktycznego budzi często spory. W państwie kierującym się zasadą rządów prawa forum, na którym spory są ostatecznie rozstrzygane są niezawisłe sądy. Niektóre z wyroków sądowych stają się pomnikami. Ich pomnikowość jest wypadkową wielu czynników. Zawsze musi być to najpierw dobra, odpowiednia, ważna sprawa. To jednak zbyt mało. Wiele świetnych spraw zostało bezpowrotnie straconych jak diament opuszczony przez nieuważnego poszukiwacza. Potrzebny jest zatem zawsze prawnik nie tylko dobry technicznie, ale również z wyobraźnią, który sprawę „wyłowi" - gdy albo ona sama do niego przypłynie z klientem, albo on ją znajdzie wśród masy innych, znacznie mniej obiecujących spraw. Musi być też zrozumienie wagi danej sprawy przez prawnika stojącego po drugiej stronie i przede wszystkim sędziego, który dostrzeże nie tylko wagę, ale i piękno diamentu. Ważny jest nadto moment, aby sprawa stała się precedensowa. Musi ona trafić na swój czas, jej przedmiot musi trącić o strunę, która wyzwala wyobraźnię i skłania do twórczego sporu prawników-komentatorów, a publicystów zachęca do wszczęcia debaty.

W tym miejscu warto przypomnieć jednego z największych sędziów amerykańskich, Roberta H. Jacksona (w latach 1941-54, sędzia Sądu Najwyższego, z przerwą na lata 1945-46, kiedy był w Norymberdze głównym oskarżycielem w procesie naczelnych państwowych gangsterów III Rzeszy Niemieckiej). Dzięki Jacksonowi mamy wszyscy, nie tylko Amerykanie, kilka znakomitych wyroków w precedensowych sprawach. Historyczne znaczenie wyroków wydawanych z udziałem Jacksona polega właśnie na tym, że na tle konkretnych okoliczności spraw czy to administracyjnych czy, cywilnych, czy karnych potrafił celnie, żywym, literackim językiem ująć istotę państwa prawnego, a więc państwa ograniczonego. I tak np. w sprawie West Virginia State Board of Education v. Barnette [319 U.S. 624 (1943)] w której Sąd Najwyższy uchylił przepisy prawa dla szkół publicznych nakładające pod groźbą kary kryminalnej obowiązek salutowania przez uczniów gwieździstemu sztandarowi. R. Jackson napisał w uzasadnieniu stanowiska większości sędziów, że: „zasadniczym celem Bill of Rights było wyjęcie pewnych tematów spod zmiennych kolei losu sporów politycznych, umieszczenia ich poza zasięgiem większości czy funkcjonariuszy publicznych i umówienia się że są one zasadami prawnymi o których rozstrzygają tylko sądy. Prawo człowieka do życia, wolności i do własności, do wolności słowa, do wolnej prasy, wolności wyznania i do stowarzyszania się oraz inne prawa podstawowe nie mogą być poddane głosowaniu, one nie mogą zależeć od rezultatów jakikolwiek wyborów". W sprawie o granice władzy policji, której funkcjonariusze lekceważąc obowiązek uzyskania uprzedniej zgody sędziego przeprowadzili przeszukanie prywatnego pomieszczenia i znaleźli dowody przestępstwa Johnson v. U.S., [333 U.S. 10 (1948)], Jackson pisał z kolei: „nie możemy uznać, że rząd jest zobligowany usprawiedliwić zatrzymanie [podejrzanego] wynikami przeszukania i w tym samym czasie usprawiedliwić przeszukanie faktem zatrzymania. Funkcjonariusz publiczny uzyskujący dostęp do prywatnych pomieszczeń mieszkalnych w ramach sprawowanego przez siebie urzędu a także prawa które on personifikuje musi dysponować określoną ważną podstawą prawną ingerencji. Jakakolwiek inna zasada podważałaby prawo osób do bezpieczeństwa osobistego, do ochrony ich domów, dokumentów i rzeczy-a tym samym zacierałaby zasadniczą różnicę między policją w państwie prawnym a policją w państwie policyjnym. W tym pierwszym policjant jest sługą prawa, w tym drugim policjant jest prawem".

Każda z tych spraw nie mogłaby być rozstrzygnięta - ot tak sobie: ktoś pisze skargę konstytucyjną w budzącej sprzeciw większości sprawie kontestowania flagi narodowej czy uzyskania przez policję dowodów przestępstwa, a kilku sędziów - ot tak sobie: wydaje mądry i sprawiedliwy wyrok. Takie wyroki mogą pojawić się tam, gdzie, poza wspomnianymi już wyżej warunkami, mamy utrwaloną wysoką kulturę prawną, społeczną i polityczną. Precedensy doszlifowane w wyrokach przez sędziego Jacksona i innych wielkich sędziów amerykańskich nie zaistniałyby, gdyby nie pojawiały się w takich procesach wielkie amicus curiae amerykańskich organizacji pozarządowych, z których tu należy wymienić Amerykańską Unię Praw Osobistych (ACLU).

Dziesięć państw, które w 1950 przyjęły Europejską konwencję praw człowieka zapisały w jej preambule m.in: „zdecydowane jako Rządy państw europejskich, działających w tym samym duchu i posiadających wspólne dziedzictwo ideałów i tradycji politycznych, poszanowania wolności i rządów prawa, podjąć pierwsze kroki w celu zbiorowego zagwarantowania niektórych praw wymienionych w Powszechnej Deklaracji". Dzisiaj nie więcej niż 25 państw europejskich w równym stopniu jest dziedzicami tych czterech dziedzin. Głównie są to państwa członkowskie Unii Europejskiej. A Rada Europy liczy obecnie 46 państw.. Pozostałe są wciąż u początku długiej i wcale niepewnej drogi do zakorzenienia się każdego czterech z elementów tej tradycji. Niepewnej, bo kto zagwarantuje, że któryś z tych krajów młodej tradycji, kierowany przez wodza nie powróci za zgodą większości na manowce „lepszej" demokracji, albo reglamentowanego „wolnego" rynku, albo państwowej polityki ignorowania praw podstawowych, albo komenderowania sądownictwem. Każdy z tych „albo" oznaczałby klęskę krótkiego wciąż okresu dorabiania się poczucia zakorzenia się we wspólnym dziedzictwie. O takim prawdopodobieństwie świadczą ostatnie lata dziejów naszego wielkiego sąsiada. Żeby taka groźba nie tylko nie zawisła nad głowami tych, którzy chcą być dumni ze swojego kraju  potrzeba nie tylko rządów prawa i podziału władz. Potrzeba i dobrze zorganizowanej silnej i zarazem ograniczonej władzy, i wolnej od polityki prywatnej gospodarki, i silnego społeczeństwa obywatelskiego wciąż organizującego się w setki tysięcy inicjatyw, stowarzyszeń, związków, od wielkich kościołów, ruchów społecznych czy związków zawodowych po te najmniejsze. W tym kontekście mówimy o trzech sektorach, pierwszy to polityka i władza, drugi to gospodarka, trzeci to społeczeństwo.

Helsińska Fundacja Praw Człowieka jest organiczną częścią trzeciego sektora. Fundacja Helsińska i jej ludzie są od samego początku jej istnienia ważnym podmiotem dużych programów organizacji pozarządowych zakorzeniania się Polski w każdej z czterech dziedzin wspólnego europejskiego dziedzictwa. Nasz kraj jest szczególnie ciekawym i trudnym przypadkiem środkowoeuropejskiego państwa goniącego obecnie historię i wartości europejskie, od których na siłę odcinali nas rządzący, z reguły z obcych stolic. Po świetnych dwóch 15. oraz 16. stuleciach Rzeczypospolitej Obojga Narodów, przyszedł długi okres trwonienia przez Polaków i Litwinów dziedzictwa europejskiego, głównie łacińskiego. Potem rozdarcie państwa i narodu przez trzy mocarstwa, z których jedno, samodzierżawne, było z definicji wrogie tradycji, o której mowa w preambule do Konwencji. W pierwszej połowie zeszłego stulecia mieliśmy tylko kilkuletnią przygodę z demokracją parlamentarną i, na szczęście, silnie zakorzenione organizacje pozarządowe powstałe często jeszcze w ramach zaborczego austriackiego i niemieckiego Rechtstaat. A potem równe pięćdziesiąt lat wielkich eksperymentów na Polsce, instytucjach państwowych i na Polakach, w pewnych okresach niewyobrażalnie zbrodniczych. W 1989 r. wkraczaliśmy bardziej z pretensjami do bycia od zawsze w Europie niż z realnymi atutami. Musieliśmy zaczynać wszystko od początku.

Wciąż jesteśmy bardzo płytko zakorzenieni w żywych własnych precedensach. Jako prawnicy nawet gdybyśmy bardzo chcieli, nie możemy odwołać się do wyroków polskiego sądu najwyższego np. z roku 1834, nie mamy ustaw, które nasz Sejm przyjął np. jeszcze w 1905 roku i które wciąż dobrze regulują jakiś problem. Mieliśmy jednak w 1989 r. mocne, „dodatnie plusy". Były nimi przede wszystkim rozbudowane od połowy lat 70-tych struktury opozycji demokratycznej, potężny Kościół katolicki i w dużej mierze prywatna gospodarka rolna. Nawet w przypadku takiej rewolucji jak nasza z 1989 r., jaką obrońca praw człowieka może sobie tylko wymarzyć-bezkrwawej, reglamentowanej, bez wieszania na latarniach generałów i polityków-przychodzi the day after. W organizacji, której misją jest obrona praw podstawowych dzień po nie ma co nawet myśleć o sprawach precedensowych. Mówienie o precedensie prawnym w rzeczywistości pozbawionej tradycji, znaków granicznych, jest pozbawione sensu. In statu nascendi każde zdarzenie jest precedensem-każde, czyli żadne.

Programy prawne podejmowane przez Fundację Helsińską na początku miały charakter bądź monitoringowy bądź interwencyjny. Działania pierwszego typu były i są albo systematycznym badaniem działania jakiejś konkretnej instytucji (np. zakładów karnych, szkół publicznych, obozów dla uchodźców) albo obserwacją konkretnego zdarzenia (np. rozprawy sądowej). Działania drugiego typu rozpoczyna zazwyczaj wizyta w Fundacji osoby skarżącej się na naruszenie prawa lub, częściej, list takiej osoby. Do początku 2007 roku zanotowaliśmy w Fundacji ponad 22300 obywateli polskich oraz ponad 10000 cudzoziemców, którzy poszukiwali u nas pomocy w sprawach o naruszenia ich praw. Wstępnie badaliśmy każdą sprawę, podejmując te z nich, w których naszym zdaniem zarzut naruszenia któregoś z praw podstawowych naszych obywateli czy cudzoziemców poszukujących w Polsce schronienia był uprawdopodobniony, a samo naruszenie miało pewien ciężar gatunkowy . W tej wielkiej masie spraw musiały pojawić się takie, które ze względu na swój przedmiot, albo osobę były zgodne ze słownikową definicją precedensu: «Wydarzenie stanowiące punkt odniesienia i usprawiedliwienia dla podobnych późniejszych wydarzeń».

Jedną z pierwszych takich spraw (1996 r.) była sprawa małżeństwa Mandugeqich, mongolskich uciekinierów z Chin, których ekstradycji domagały się władze ChRL pod zarzutem popełnienia przestępstwa gospodarczego. Pomijając polityczne motywy postawienia zarzutu, obojgu uciekinierom groziły tortury w czasie śledztwa oraz kara śmierci. Na władze polskie był wywierany silny nacisk dyplomatyczny na ich wydanie. Prokuratorowi Generalnemu RP nie udało się przeprowadzić procesu w tajemnicy przed opinią publiczną. Fundacja Helsińska nagłośniła sprawę w mediach i zapewniła Mandugeqim pomoc prawną znanego adwokata (obecnie sędziego TK) oraz przydzielenie im przez sąd pomocy tłumacza, choć nie wymagały tego ówczesne przepisy k.p.k.. Przygotowaliśmy w tej sprawie opinię prawną, przedstawiając mocne dowody stosowania przez władze chińskie tortur w śledztwie oraz ignorowania prawa do rzetelnego procesu. Ostatecznie Sąd Najwyższy w postępowaniu kasacyjnym (postanowienie z 29.07.1997, sygn. II KKN 313/97) wydał opinię negatywną w sprawie wydania Mandugeqich, za podstawę prawną biorąc zakaz wydawania cudzoziemców przez RP państwom, w którym łamane są systematycznie prawa człowieka. Takiej przesłanki nie znały ówcześnie obowiązujące przepisy k.p.k. Po raz pierwszy tak wyraźnie SN orzekł , że w takiej sytuacji podstawa rozstrzygnięcia musi być wiążący Polskę traktat międzynarodowy. Zdaniem SN „wydanie osoby ściganej w sytuacji istnienia prawdopodobieństwa poddania jej w kraju wzywającym torturom lub nieludzkiemu albo poniżającemu karaniu, w rozumieniu art. 3 Konwencji ..., jest prawnie niedopuszczalne". Dodatkową podstawą negatywnej opinii było uprawdopodobnione w procesie domniemanie, że w Chinach podsądni nie mieliby szans na rzetelny proces. Mieliśmy piękne zwycięstwo i ważny precedens. Ciekawą grupą spraw precedensowych, które wyłoniły się połowie lat 90-tych. w praktyce Fundacji są sprawy nazywane przez nas „niewinnościowymi", to jest te, których nieprawomocne czy prawomocne skazanie budzi poważne wątpliwości co do podstaw przyjęcia winy oskarżonego. Program „Niewinność" został wyodrębniony w działaniach Fundacji w 1999 roku. O niektórych ze spraw „niewinnościowych" pisały media. W jednej z nich, nasza opinia prawna miała wpływ na nowe podejście sędziów Sądu Okręgowego w Warszawie do sprawy techniki przesłuchiwania świadków incognito (sygn. VIII K 408/96).

W Polsce, państwie prawa kontynentalnego, a zatem w którym rozstrzygnięcia sądów mają moc prawną wyłącznie w stosunku do spraw, których dotyczą, organizacje pozarządowe zajmujące się prawami człowieka nie mogą ignorować wagi procesu tworzenia prawa i jego następczego testowania w sporach przed Trybunałem Konstytucyjnym. Fundacja Helsińska ma w obu tych obszarach rząd wieloletnich doświadczeń. W procesie tworzenia prawa przedkładaliśmy projekty szeregu ustaw. Przygotowany przez nas w 1992 r. projekt Kart Praw i Wolności jako ustawy konstytucyjnej, po przejęciu go przez Prezydenta RP, został do momentu rozwiązania Sejmu w maju 1993 r. w większej części przedyskutowany i zaakceptowany przez Komisję Konstytucyjną, a proponowane tam postanowienia są w części odnoszącej się do praw osobistych i politycznych zawarte w Konstytucji 1997 r.

Jak w każdym parlamencie, zdarza się, że posłowie i senatorowie „poszaleją" i przyjmą ustawę, której przepisy wymierzone są wprost w istotę którejś z fundamentalnych wolności. Tak było z uchwaloną w kwietniu 2004 r. ustawą zmieniającą ustawę - Prawo o zgromadzeniach oraz ustawę - Prawo o ruchu drogowym. Nowe przepisy znosiły wolność demonstrowania w Polsce, uzależniając ją od uprzedniej zgody urzędników samorządowych i państwowych. Przygotowaliśmy opinię prawną w tej sprawie, którą przedłożyliśmy Prezydentowi RP, z prośbą o skierowanie ustawy przed jej podpisaniem do TK. Tak się stało, nasze argumenty zostały przejęte przez Prezydenta i przez sędziów TK (wyrok z 10 listopada 2004 r., sygn. akt Kp 1/04). Uzyskaliśmy ważne i wyraźne przesłanie o granicach władzy ustawodawczej próbującej majstrować przy prawach podstawowych. TK wyraźnie wypowiedział się za podejściem in dubio pro litertatem, stwierdzając, że „środki ustawowe ograniczające konstytucyjne wolności lub prawa - nie mogą być nadmierne i winny być proporcjonalne do ewentualnych zakłóceń czy zagrożeń. Ustawowe ograniczenia konstytucyjnych praw i wolności muszą być też konieczne, co oznacza, że nie jest wystarczająca dotychczasowa regulacja prawna". Nie jesteśmy tak naiwni, aby wierzyć, że Sejmy kolejnych kadencji będą to przesłanie należycie szanować. Jesteśmy jednak przekonani, że sama procedura stymulowania przez organizację pozarządową najwyższych władz w naszym kraju w sytuacji ewidentnego nastawania przez ustawodawcę na ograniczenie praw podstawowych będzie nadal drożna.

Problemy, które w ostatnich latach nabrały charakteru precedensowego w działaniach Fundacji to sprawy karne przeciwko dziennikarzom z zarzutem zniesławienia bądź znieważenia; nadużywanie władzy przez prokuratorów i sądy przy stosowaniu tymczasowego aresztowania; nieefektywność ustawy z 2004 r. o skardze na naruszenie prawa strony do rozpoznania sprawy w postępowaniu sądowym bez uzasadnionej zwłoki. Ciągle brak nam było jednak bardziej systematycznego podejścia do spraw, którymi chcemy potrzasnąć bryłkę świata, spraw które prowadziłyby nas prostszą, , lepiej oświetloną drogą do umiarkowanego postępu w granicach prawa. Zbieg potrzeb i pojawienie się w Fundacji kolejnego młodego, acz już doświadczonego prawnika dla którego odrębny Program Spraw Precedensowych został jakby uszyty na miarę, zaowocował jesienią 2004 r. tym właśnie przedsięwzięciem. Skąd taka nazwa Programu. Nie ukrywam, że mi się ona podoba-dobrze brzmi po polsku, trafia w punkt. Nie chciałem spolszczać amerykańskiego terminu strategic litigation. Można oczywiście mówić po polsku: litygacja strategiczna, ale jest to termin i dość militarny, i przyciężki, i zawsze wymaga dodatkowego wyjaśniania. Osobiście nie lubię też mówić o walce o prawa człowieka. To pewnie uraz z przeszłości, gdy źle mi w uchu brzmiała walka o pokój, jeszcze gorzej-walka wrogami Polski Ludowej. Zostawmy walkę i strategię oficerom i generałom. Czy my ludzie Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka ruszymy z posad bryłkę tego świata? Ruszymy, tym i innymi programami naszej Fundacji - prawnymi, monitoringowymi i edukacyjnymi. Ruszymy, bo nie mamy innego wyjścia-bo nikt nie zrobi za nas tej roboty. Ruszymy, bo solidnie wykształconych przez nas ludzi pełno w organizacjach pozarządowych w Polsce i w Europie - już nie jako uczących się, ale jako uczących innych, jako poszukiwanych partnerów i koordynatorów dużych międzynarodowych programów, członków kluczowych międzynarodowych komitetów praw człowieka i grup eksperckich ONZ, Rady Europy, Unii Europejskiej i OBWE. Ruszymy, bo mamy zdolność przyciągania znakomitych młodych, świetnie wykształconych w wielu krajach Polaków i cudzoziemców-z Zachodu i ze Wschodu - prawników, politologów i socjologów. Jesteśmy samozwańczym społecznym rzecznikiem praw podstawowych w Polsce. Czujemy wiatr w plecy. Jesteśmy instytucją nie tylko w Polsce. O setkach absolwentów programów edukacyjnych i monitoringowych Fundacji Helsińskiej w Rosji wybitni Rosjanie mówią-Komandy Mareka Nowickogo. Program Spraw Precedensowych jest nową ofertą Fundacji Helsińskiej w naszych działaniach na rzecz umiarkowanego postępu w granicach prawa. Pozyskaliśmy dla niego i dla Fundacji nowych przyjaciół - duże kancelarie prawnicze. Jest wcale dużo błyskotliwych adwokatów, którzy mają satysfakcję w podejmowaniu także spraw pro bono. Ponieważ są świetni, szukają wyzywających intelektualnie i społecznie spraw. Nasz Program będzie je im oferował. Ale to już inna story i o tym jest między innymi nasz Raport.

 
Joomla SEF URLs by Artio