|
|
|
| piątek, 04 grudnia 2009 00:00 | |||
e-dp.pl: „Platforma chce otworzyć archiwa”POLITYKA. Propozycje zmian w działalności IPN wzbudzają kontrowersje Platforma Obywatelska złożyła wczoraj projekt zmian w ustawie o Instytucie Pamięci Narodowej. - Musimy zmienić ustawę, bo pod jej rządami instytut źle działa. Jest mało sprawny, upolityczniony, jego kierownictwo jest tubą PiS. Chcemy też, by zniknęło pejoratywne określenie "historycy z IPN" - uzasadnia Arkadiusz Rybicki, poseł PO. Ripostuje mu prof. Ryszard Terlecki, poseł PiS, były szef krakowskiego IPN: - Proszę mi pokazać drugą instytucję, która w ciągu tak krótkiego czasu ma tak wiele osiągnięć, m.in. naukowych i edukacyjnych w zakresie historii Polski od wybuchu II wojny do 1990 r. Nie ma - odpowiada sam sobie. Prof. Terlecki przekonuje, że PO chce przejąć IPN. - Nic więcej za tym nie stoi, z jednym wyłączeniem - mówi prof. Terlecki. - Platforma "wrzuca" pomysł zmian w IPN, by odwrócić uwagę od własnych problemów, m.in. afery hazardowej. Rybicki zapewnia, że projekt przynosi liczne korzyści. Kluczową jest dużo łatwiejszy dostęp do dokumentów zgromadzonych w archiwach instytutu. Za osiągnięcie uważa m.in. to, że nie będą usuwane tzw. dane wrażliwe, dotyczące życia seksualnego, obyczajowego czy przebytych chorób. - Takie rozwiązanie narusza elementarne prawa człowieka do prywatności i intymności - zauważa Paweł Osik z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. Poseł Rybicki tłumaczy, że rozwiązanie zostało przyjęte, ponieważ badacze źródeł wytworzonych przez SB wyjaśnili autorom projektu, iż bezpieka choć często wykorzystywała dane wrażliwe w swojej pracy, to jednak jej funkcjonariusze sporadycznie pisali o nich w raportach. - To żaden argument. Nawet gdyby był to jeden przypadek, nie powinien być ujawniony - podkreśla Paweł Osik. Twierdzi on, że bez zgody tego, kogo dotyczą informacje - jakie zapisała SB - o jego np. życiu seksualnym, nie wolno ich ujawniać opinii publicznej. Projekt zakłada również, że z IPN dostawać się będzie materiały, w których nazwiska agentów będą podawane od razu bez zamazania (obecnie dopiero na wniosek pokrzywdzonego zostają one ujawnione). Odpowiedzialność za ujawnienie danych wrażliwych spoczywać będzie jednak na osobie, która to zrobiła. Projekt zakłada także przyśpieszenie procedury wydawania dokumentów. Daje on rok IPN na opublikowanie pełnego inwentarza, czyli dosłownie każdej teczki zgromadzonej w archiwach instytutu. W sumie w IPN jest około 80 km akt. Kiedy inwentarz powstanie, wówczas każdy obywatel, który poda dokładny numer dokumentu, ma go dostać po 7 dniach od złożenia wniosku. Liczące 11 osób kolegium IPN ma zostać zastąpione 9-osobową radą instytutu. Poseł Rybicki twierdzi, że wybór do rady będzie merytoryczny. 22 najsilniejszych polskich uniwersytetów oraz instytutów naukowych, np. Instytut Historii PAN czy Instytut Studiów Politycznych PAN, wybiorą tzw. kolegium elektorów. Ono zaś przedstawi Sejmowi 10 kandydatów, a Senatowi 4. Spośród nich posłowie wybiorą pięć osób, a senatorowie - 2 do rady IPN. Pozostałych dwóch członków rady wskaże prezydent Polski z grona 4 kandydatów - samych prawników, których przedstawi mu Krajowa Rada Sądownictwa. Wszyscy kandydaci mają mieć tytuły i dorobek naukowy. W obecnym kolegium IPN znajdują się osoby, które nie są choćby doktorami. Jest to Andrzej Gwiazda, legenda "Solidarności", Andrzej Urbański, były prezes TVP, oraz Jacek Niemir. Wobec części stawiany jest zarzut słabej znajomości warsztatu historyka, ale w zamian mocne identyfikowanie się z PiS (jest to przypadek socjologa, dr Barbary Fedyszak-Radziejowskiej). Przewodniczącym kolegium jest natomiast historyk o uznanym dorobku naukowym, jeden z najwybitniejszych znawców dziejów XX-wiecznej Polski, prof. Andrzej Chojnowski. - Może dotychczasowy dobór do kolegium nie był doskonały, ale propozycja PO też daleka jest od ideału - mówi prof. Chojnowski. - Utytułowanych historyków, którzy dobrze znają źródła ipe-enowskie, regularnie pracują nad nimi, jest w całym kraju nie więcej niż 15; oczywiście, nie licząc osób pracujących w IPN - mówi prof. Chojnowski. W jego ocenie wyjściem z sytuacji byłoby, gdyby kandydaci do kolegium elektorskiego i rady instytutu sami się zgłaszali, przedstawiając argumenty, dlaczego i z jakiego tytułu chcą w tych strukturach zasiadać. - Nie ma żadnej gwarancji, że rada IPN będzie ciałem bardziej niezależnym i kompetentnym od obecnego kolegium - mówi prof. Piotr Franaszek. Jako bzdurę nazywa liczenie przez autorów projektu na to, że po 7 dniach każdy będzie mógł otrzymać wskazaną przez siebie "teczkę". - Tak tylko mogą mówić ludzie, którzy nie mają pojęcia o pracy w archiwach IPN. Projekt PO przewiduje, że łatwiej będzie można odwołać i powołać szefa instytutu. Można będzie to zrobić po uzyskaniu w Sejmie zwykłej większości głosów, czyli np. 231, gdyby w głosowaniu uczestniczyli wszyscy posłowie (460). Obecnie potrzeba trzech piątych głosów w Sejmie i zwykłej większości w Senacie, aby powołać lub odwołać prezesa IPN. Platforma przygotowała projekt ustawy o IPN dobrych kilka miesięcy temu. Miał on datę 22 czerwca 2009 r. W takiej wersji został przesłany do prezesa IPN z prośbą o opinię. We wrześniu prezes Janusz Kurtyka odesłał tekst projektu z poprawkami i generalną oceną, która brzmiała: instytut dobrze działa, a skoro tak jest, to nie ma sensu zmieniać ustawy. - Drobnych poprawek dostaliśmy natomiast wiele od prezesa Kurtyki - przyznaje poseł Rybicki. - W 90 proc. uwzględniliśmy je - dodaje. Andrzej Arseniuk, rzecznik IPN, powiedział nam, że złożonego wczoraj projektu PO prezes instytutu nie dostał. - Obecna wersja od poprzedniej różni się szczegółami mającymi charakter czysto formalny - twierdzi Rybicki. Taka odpowiedź wzburzyła prof. Franaszka i prof. Terleckiego. Obaj przypominają, że w "staro--nowym" projekcie PO nie ma słowa, że członkiem rady IPN nie może być działacz PZPR, oficer Służby Bezpieczeństwa, PRL- -owskich służb wojskowych czy tajny współpracownik. WŁODZIMIERZ KNAP
Źródło: e-dp.pl (4 grudnia 2009)
|








